wp

Denzel Washington: ''Nie wychowałem się na westernach, nie wspominam ich z nostalgią'' [WYWIAD]

Do polskich kin wchodzi film „Siedmiu wspaniałych”, nowa wersja kultowego westernu z 1960 roku. W rolę jednego z rewolwerowców wcielił się Denzel Washington, dla którego był to już trzeci film wyreżyserowany przez Antoine'a Fuqua. W rozmowie z naszą amerykańską korespondentką Yolą Czaderską-Hayek aktor opowiedział, dlaczego zdecydował się zagrać w tym filmie, mimo że w młodości nie bawił się w kowbojów i Indian i nie wychował się na westernach, jak wspomina oryginalnych „Siedmiu wspaniałych” i co sprawiło, że wybrał aktorstwo zamiast... kariery w NFL.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Yola Czaderska Hayek i Denzel Washington
Yola Czaderska Hayek i Denzel Washington (HFPA)

Yola Czaderska-Hayek: Znam aktorów, którzy daliby się pokroić, żeby zagrać w westernie. Każdy z nich w dzieciństwie marzył o tym, by kiedyś założyć kapelusz, przypiąć pas z bronią i wsiąść na konia. Ty też jako chłopiec bawiłeś się w kowboja?

Denzel Washington: Przykro mi cię rozczarować, ale nie. Nigdy mnie to nie interesowało. Zamiast tego wolałem uprawiać sport. Grałem w piłkę i w baseball. Nie pamiętam, żebym choć raz bawił się z kolegami w kowbojów i Indian.

wp

Westernów też nie oglądałeś?

Mój ojciec był pastorem, u nas w domu nie oglądało się westernów. Nie chodziliśmy też do kina, chyba że na takie filmy, jak „Król królów” albo „Dziesięć przykazań”. Nie wychowałem się na westernach, nie wspominam ich z nostalgią, nie mam też do tego gatunku jakiejś szczególnej słabości.

Ale oryginalnych „Siedmiu wspaniałych” oglądałeś?

wp

Owszem, ale nie pamiętam nawet kiedy i w jakich okolicznościach widziałem ten film po raz pierwszy. O wiele bardziej wbił mi się w pamięć „Siedmiu samurajów”, czyli pierwowzór. Dzisiaj oczywiście mam przed oczami już tylko jakieś fragmenty, pojedyncze sceny. Większość filmu Kurosawy wyleciała mi z głowy. Ostatnio zastanawiałem się nawet, czy nie zrobić sobie powtórki z „Siedmiu samurajów” i „Siedmiu wspaniałych”, ale po namyśle zrezygnowałem.

Skąd w takim razie pomysł, by zagrać w nowej wersji „Siedmiu wspaniałych”?

Antoine [Fuqua – Y. Cz.-H.] zadzwonił i zaproponował mi rolę. Współpracowaliśmy już ze sobą wcześniej, w dodatku z sukcesem, dlatego wiedziałem, że mogę mu zaufać. Przeczytałem scenariusz i spodobał mi się. A do tego nadarzyła się okazja, żeby pojeździć konno i powywijać koltami. Więc pomyślałem sobie: zapowiada się dobrze, wchodzę w to. I nie żałuję!

Denzel WashingtonMateriały prasowe
Podziel się
wp

Czyli jednak masz w sobie coś z kowboja! Przyjemnie było sobie postrzelać?

Nie nazwałbym tego strzelaniem. To nie była prawdziwa broń, tylko rekwizyt filmowy. Do bębenka wkładało się ślepe naboje, a kiedy reżyser krzyczał „cięcie!”, wszyscy trafieni podnosili się z ziemi. Równie dobrze mogłabyś mnie zapytać, czy przyjemnie było napić się wody. Bardzo dobrze natomiast wspominam jazdę konno. Do tej pory nie miałem okazji tyle jeździć, dlatego na kilka miesięcy przed rozpoczęciem zdjęć dużo ćwiczyłem. Chodziło nie tylko o nabranie wprawy, ale także o to, żebym mógł przyzwyczaić się do mojego konia, a on do mnie. I to się udało. Lubiłem się nim zajmować, karmić go, czyścić, prowadzić do stajni… Opiekowałem się nim, a on mną.

To brzmi ciekawie. Możesz powiedzieć coś więcej?

Najbardziej ze wszystkiego lubił, jak dawałem mu do jedzenia marchewki. Był świetnie ułożony: w trakcie zdjęć wiedział, dokąd ma iść i gdzie się zatrzymać. Nie znosił za to, kiedy inne konie podchodziły blisko, od razu próbował je gryźć. A ze zdenerwowanym koniem nie ma żartów, to potężne, piekielnie silne zwierzęta. Czasami, kiedy w trakcie przygotowań do filmu wypuszczaliśmy się na jakieś dalekie jazdy, miałem wrażenie, jakbym przeniósł się w dawne czasy. Wokół ani żywej duszy, tylko ja i koń. Czułem się jak prawdziwy kowboj, że dzięki niemu mam szansę przeżyć i bez niego zginę. Konie świetnie wyczuwają, co czuje człowiek. Na przykład, czy się ich boi.

wp

Zdarzały się na planie jakieś wypadki?

Owszem, ale na szczęście nie mnie. Paru kaskaderów wypadło z siodeł. Aktorów też. Kręciliśmy w starym stylu, żadnych efektów komputerowych. Wszystko odbywało się na żywo.

Musiało być ciężko.

wp

Bez przesady. Ciężko to mają żołnierze w Iraku. My tylko kręciliśmy film. Owszem, było gorąco, ale w przerwach między ujęciami mogliśmy się chować w klimatyzowanych przyczepach i popijać chłodne napoje. Więc naprawdę nie było tak źle.

To już trzeci film, jaki nakręciłeś z Anthonym [wcześniejsze to: „Dzień próby” i „Bez litości” – Y. Cz.-H.]. Czy dzięki temu łatwiej ci się pracowało na planie?

Na pewno było łatwiej, ale przede wszystkim było inaczej. W filmie nie ma jednego głównego bohatera. Na planie znajdowało się siedem gwiazd, siedem indywidualności, a każda z nich jak operowa primadonna (śmiech)… Na szczęście Anthony znakomicie umiał zapanować nad sytuacją. Kocha westerny, wychował się na nich i jak twierdzi, to właśnie dzięki nim wybrał zawód reżysera. Na planie umiał nas wszystkich zarazić swoją pasją, dzięki temu każdy podchodził do swojego zadania z identycznym entuzjazmem. Jak już mówiłem, ufam mu bez zastrzeżeń, więc staram się dać mu to, czego ode mnie oczekuje… Dobra, już wiem, jaki tytuł dasz naszej rozmowie: „Denzel uważa swoich kolegów za primadonny”. Więc może od razu sprostuję: to nieprawda, wszyscy byliśmy primadonnami. Ja też.

Siedmiu wspaniałych (2016)Materiały prasowe
Podziel się

Największą niespodzianką był dla mnie udział Byunga-Huna Lee. Jak wspominasz współpracę z nim?

To bardzo cichy i skromny człowiek. W życiu nie powiedziałabyś, że jest gwiazdą filmową. A przecież u siebie w kraju jest szalenie popularny. Wstyd powiedzieć, ale kiedy kręciliśmy „Siedmiu wspaniałych”, byłem przekonany, że nigdy wcześniej nie widziałem go w żadnym filmie. I dopiero potem przypomniałem sobie, że ja go przecież znam! Oglądałem kiedyś „Słodko-gorzkie życie” – koreański film, w którym zagrał. Znakomita rzecz, był tam świetny. Nic dziwnego, że jest gwiazdą. A u nas na planie tak po prostu, zwyczajnie przychodził do pracy i skupiał się na swoich zadaniach. Prawdziwy profesjonalista.

Anthony Fuqua powiedział, że chciał stworzyć film, który byłby bardzo na czasie i stanowił protest przeciwko tyranii. Masz poczucie, że w czymś takim zagrałeś?

Pierwsze słyszę. Czytałem scenariusz dość dokładnie, ale w trakcie lektury ani razu nie pomyślałem sobie: „O rany, jaki to film na czasie! I jak bardzo protestuje przeciwko tyranii”. Dla mnie to po prostu historia o siedmiu facetach, którzy wsiadają na konie i strzelają do innych facetów. Nie zagłębiałem się w detale.

Akcja filmu toczy się w 1874 roku. Naprawdę istnieli wtedy czarnoskórzy kowboje?

Nie było mnie wtedy na świecie (śmiech). Ale możesz sama poszukać w książkach. W tamtych czasach wystarczyło umieć obchodzić się z bydłem, żeby zostać kowbojem. Stąd się przecież wzięła ta nazwa [„cowboy” pochodzi od angielskiego słowa „cow”, czyli „krowa” – Y. Cz.-H.], kowboj pierwotnie oznaczał pastucha. Jeśli jakiś czarny chłopak miał dryg do tej roboty, to nie było problemów.

Siedmiu wspaniałych (2016)Materiały prasowe
Podziel się

Na początku naszej rozmowy powiedziałeś, że w dzieciństwie wolałeś sport od zabawy w kowboja. O czym marzyłeś jako chłopak?

O tym, żeby dostać się do Narodowej Ligi Futbolowej – NFL. Żeby być zawodowym sportowcem. Grałem przez pewien czas w amatorskiej drużynie i liczyłem na to, że ktoś mnie kiedyś zauważy.

Co sprawiło, że wybrałeś aktorstwo?

W szkole zdecydowałem się na zajęcia z twórczości Szekspira. Ktoś mi doradził, że warto na nie chodzić, bo łatwo o zaliczenie. Wychodzi się z mocną czwórką. No i rzeczywiście, skończyłem z dobrą oceną. Potem wybrałem jeszcze parę podobnych zajęć, podczas których dowiedziałem się, że mam talent. Dalej już wszystko potoczyło się samo. S college’u wystąpiłem w paru sztukach – najpierw w „Cesarzu Jonesie” Eugene’a O’Neilla, potem zagrałem Otella. Dostałem bardzo dobre recenzje i wtedy już wiedziałem, że warto próbować dalej. Pamiętam, że po tych pierwszych sukcesach wpadłem do domu jak burza, a mama przywitała mnie tak: „Słuchaj no, supergwiazdo” – naprawdę tak powiedziała, supergwiazdo! – „Masz tu wiadro z wodą, idź umyć okna”.

Nikt tak skutecznie, jak własna mama, nie sprowadzi człowieka na ziemię.

To prawda! (śmiech) Ale to był moment, w którym wiedziałem już, że dzieje się coś ważnego. Okazało się, że jestem w czymś dobry i ludziom się to podoba. To był ważny przełom w moim życiu, który sprawił, że wybrałem ten, a nie inny zawód. Dlatego swoim dzieciom zawsze powtarzałem: dajcie sobie czas na decyzję, czym chcecie się zajmować. Nie warto wybierać za wcześnie – kiedy człowiek ma 17 lub 18 lat sam jeszcze nie wie, kim będzie. Chodźcie do szkoły, uczcie się i jeśli wam szczęście dopisze, prędzej czy później sami się przekonacie, co was interesuje. Ja swoją drogę odnalazłem, gdy miałem 20 lat.

Materiały prasowe
Podziel się

Idziesz tą drogą już ładny kawałek czasu. Pokusisz się o jakieś podsumowanie?

Chyba na to za wcześnie. Mecz ciągle trwa, nawet jeśli to już końcówka drugiej połowy. Jeszcze nie schodzę do szatni. Zawsze kierowałem się bardzo prostymi zasadami: ciężko pracuj, ciesz się tym, co masz, słuchaj rodziców, zdobądź wykształcenie… Wbrew pozorom, nie tak trudno to zapamiętać, to nie fizyka jądrowa. Moja mama zawsze mi powtarzała: im jesteś starszy, tym więcej masz lat. Ładne, prawda? Zawsze mi się podobało to zdanie. Chodzi o to, że z wiekiem nabieramy tendencji do komplikowania sobie życia, a powinno być odwrotnie. Im mniej komplikacji, im mniej jakiegoś zbędnego bagażu, tym lepiej. Kiedy stuknęła mi sześćdziesiątka, spojrzałem w lustro i powiedziałem sobie: „Denzel, to nie charakteryzacja, to prawdziwe zmarszczki. I co dalej? Co chcesz zrobić z resztą swojego życia? Co chcesz przekazać innym?”. Robię więc, co w mojej mocy. Piję więcej wody, żyję najprościej jak się da, unikam komplikacji. A jeśli chodzi o dziedzictwo, to myślę, że najlepsza rzecz, jaką mogę po sobie zostawić, to dobre wspomnienia. Że byłem dobrym człowiekiem, dobrym przyjacielem, dobrym mężem, dobrym ojcem… Na niczym więcej mi nie zależy.

„Im jesteś starszy, tym więcej masz lat” – dobre, zapamiętam to.

To cała moja mama! Kopalnia złotych myśli. Mógłbym ją tu cytować w nieskończoność. Nauczyła mnie mnóstwa rzeczy. Powiedziała mi też kiedyś coś niezwykle prostego, a jednocześnie ważnego, zwłaszcza w kontekście wszystkich Oscarów i Złotych Globów, o których marzą aktorzy: „Człowiek nagradza, Bóg wynagradza”. Dlatego staram się zasłużyć na obydwie nagrody.

Polub WP Film
Trwa ładowanie
.
.
.
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Podziel się na Facebooku
wp
wp
wp