Edward-Linde Lubaszenko: Trzeba być szaleńcem, żeby chcieć teraz zostać lekarzem w Polsce!
środa, 19 sierpnia 2009 11:50 | Wirtualna Polska
źródło: AKPA
Początkowo miał zostać lekarzem. W tym celu podjął studia. Udało mu się jednak zaliczyć jedynie trzy lata medycyny. Zrezygnował z nich, po to, aby zostać aktorem. A kilka lat później wcielił się w postać doktora Bognara w serialu "Układ krążenia". Edward Lubaszenko zagrał w setkach produkcji filmowych, teatralnych i telewizyjnych. Aktora, określanego mianem "jednego z najinteligentniejszych w branży" niebawem zobaczymy w "Ojcu Mateuszu", gdzie zagra dwuznacznego inteligenta.
- Podobno jest Pan tak inteligentny, że rozwiązuje krzyżówki bez czytania haseł. To prawda?
Niezupełnie. Po prostu biorę krzyżówkę do ręki, rzucam okiem i już zapoznaję się z hasłami. Świat poznawałem głównie poprzez książki, dlatego mam w pamięci obraz słowa. Całkiem niedawno przeczytałem, iż rozwiązywanie krzyżówek opóźnia odwiedziny Alzheimera. Więc znów z zapałem rozwiązuje krzyżówki. Zupełnie jak w życiu - kratki, które znamy, zapełniamy od razu. Innych uczymy się głowiąc na prawo i lewo.
- Pan głowił się przez kilka lat studiując medycynę. Nie żałuje Pan, że nie został chirurgiem?
Absolutnie nie żałuję. Gdy spoglądam na to, co dzieje się w służbie zdrowia, no to dziękuję Bogu! Trzeba być szaleńcem, żeby chcieć teraz zostać lekarzem w Polsce!
- A Pan nie jest szaleńcem? W końcu wstąpił Pan w aktorski świat i dostawał rolę po roli w kolejnych produkcjach filmowych...
Może i jestem szaleńcem, ale powiem Panu jak to było dokładnie. Kiedyś byłem etatowym aktorem teatru, a to bardzo przeszkadzało w pracy nad filmem. W moim życiu wiele działo się poza "planami".
- To znaczy nieplanowane wypadki?
Niestety, ale dosłownie. Miałem dwa ciężkie wypadki samochodowe, które "wyjęły" mi w sumie pięć lat z życia zawodowego. Były również inne wydarzenia. W połowie filmu "Kontrakt", który grałem u Zanussiego, teatr wycofał mnie z produkcji. Zostałem więc przykuty do desek teatralnych mając pół roli zagranej w "Kontrakcie". Później ciężko mi było "odczepić" się od aktorstwa teatralnego. Wielokrotnie miałem takie sytuacje, w których reżyserzy prosili teatr o kontakt ze mną. Wtedy nie miałem telefonu, więc wszystkie sprawy załatwiała koordynacja pracy artystycznej teatru, z którym aktor był związany. Później reżyser otrzymywał odpowiedź, iż nie zamierzam podejmować z nim współpracy. Tymczasem ja nie miałem bladego pojęcia o zaistniałej sytuacji. Tym samym za sprawą teatru uciekło mi sprzed nosa kilkanaście ról filmowych. Niestety, teatr zagarniał aktora na wyłączność.
- A co sądzi Pan o współczesnej sztuce. Czy teatr nie zakrawa dzisiaj na komercję?
Liberalizm już taki jest, że każdy musi sobie dawać radę sam. Wysoka kultura, czyli teatr, poszła swoją drogą. Za nią podąża muzyka, sztuki piękne i cały dzisiejszy nowoczesny design. Prawdziwy rozwój odbywa się w teatrze. To tu doskonali się warsztat aktorski i dramaturgiczny.
Oglądając polską telewizję często widzimy w niej amerykańskie akcenty – nie tylko w postaci programów opartych na formatach ze Stanów Zjednoczonych. W rodzimych serialach, bohaterowie często oglądają amerykańskie filmy, czy wspominają tamtejsze gwiazdy show biznesu. Zdarza się jednak i tak, że w telewizji za wielką wodą pojawiają się polskie wątki i bohaterowie polskiego pochodzenia. W zależności od tego, czy mamy do czynienia z serialem dramatycznym, czy sitcomem – nasze narodowe cechy przedstawiane są mniej lub bardziej stereotypowo. Przypomnijmy sobie, która z postaci narobiła największego zamieszania w jankeskim serialu.
Amerykański sen w klasycznym, imigranckim wydaniu. Masa bohaterów, szans i dramatów, szczypta Harrisona Forda i porcja banału. Miało być zwrócenie uwagi na problemy ludzi szukających szczęścia w USA, nie obyło się jednak bez patosu i wydumanego monologu, który psuje nie najgorsze wrażenie z pierwszej połowy filmu