Łukasz
Maciejewski: W ostatnim sezonie
zagrałaś w dziewięciu filmach. To chyba rekord.
Roma Gąsiorowska: W dziewięciu!?
ŁM: „Tatarak” Wajdy, „Jestem twój” Grzegorzka,
„Zero” Borowskiego, „Wojna polsko-ruska”
Żuławskiego, „Moja krew” Wrony, „Rozmowy
nocą” Żaka, „Moja nowa droga” Białowąs,
„Kochaj i tańcz” Parramore’a, no i „Londyńczycy”.
Jak to się robi?
RG: Nie mam pojęcia, to zresztą głównie
większe epizody. Poza tym wcześniej też pojawiał
am się w kinie – ale w dosyć dużych
odstępach czasu. Po „Futrze” jakoś nic się nie
działo: ani w kinie, ani w teatrze. Przeczeka-
łam tę przerwę, starałam się nie panikować
i nie ratować od razu serialową karierą. Nabrał
am dystansu, trochę się uspokoiłam. No
i nagle coś pękło.
–rozmawia: Łukasz Maciejewski
ŁM: Ale co pękło – zaczęłaś jeździć na castingi,
masz superagenta?
RG: Daj spokój. Ciągle słyszałam od znajomych
aktorów, że w tym zawodzie trzeba
ostro działać. Dzwonić, kokietować, żreć te
wszystkie przeterminowane koreczki na
bankietach, uprawiać zawodowo lans. Nigdy
nie potrafiłam się z tym pogodzić, nie wyobra
żałam sobie siebie w podobnym kontekście.
Dlatego siedziałam w domu i wpada-
łam w depresję. Ale w końcu pomyślałam:
„uspokój się dziewczyno, aktorstwo to praca,
którą trzeba rozliczać w perspektywie
kilkudziesięciu lat, nie jednego roku. Kiedy
nie grasz w kinie, nie występujesz w teatrze,
możesz przecież robić tysiące innych rzeczy”.
Wybrałam z tego zestawu te, które
sprawiały mi przyjemność. „To specyfika tego
zawodu” – uspokajały mnie starsze kole-
żanki. Ważne, żeby nie blokować się tym, że
aktorstwo to jedyna moja wartość. Mamy
mnóstwo talentów do odkrycia. A agentki
mam super!
ŁM: Tak czy inaczej za chwilę będziesz gwiazdą.
Jesteś do tego przygotowana?
RG: Nie jestem.
ŁM: I tak cię nie ominie.
RG: Nie cierpię słowa „gwiazda” – nie chcę
być postrzegana w taki sposób. Poza tym nikt
mnie przecież siłą nie zmusi do gwiazdorzenia:
wywiadów, śmigania z doczepioną treską
po telewizjach, itd. Staram się sumiennie
wykonywać swoją pracę, którą zresztą uwielbiam,
chociaż w Polsce zwykle pracuje się
hardcore’owo i nie ma to wiele wspólnego
z jakimiś czerwonymi dywanami.
Reprezentacyjna
część mojego zawodu zawsze mnie
męczyła i chętnie odstąpiłabym to zadanie
innej, występującej za mnie w tej roli istocie,
która nie zdawałaby sobie sprawy z absurdu
tej fikcji.
ŁM: Spośród nowych filmów z twoim
udziałem najważniejsza jest Magda w „Wojnie
polsko-ruskiej” wg Masłowskiej. Zmieniali się
reżyserzy tego projektu, tylko twoje nazwisko
było constans.
RG: Constans? Nie powiedziałabym. Nie
miałam żadnego kontraktu, za każdym razem
po prostu wędrowałam na castingi
i do samego końca nie było wiadomo, czy
zagram. To nie są przyjemne tematy.
Na pewno nie było lekko. Ale może nie powinno?
Wojna to wojna. Ja mam twardy ty-
łek i chyba dlatego zawsze obrywam. Już
przywykłam.
ŁM: Najpierw ten film miał kręcić Wiktor
Grodecki, potem Jan Jakub Kolski, w końcu
„Wojnę…” wyreżyserował Xawery Żuławski.
RG: Na pewno Żurek był w pracy bardzo odwa
żny, nie bał się iść na całość – nawet
w wersji skrajnej. W każdym razie w pełni
mu zaufałam. Kiedy kazał mi grać na maksa
sztucznie, czy śmiesznie – nie protestował
am, chociaż nie zawsze byłam na sto
procent pewna tego, w co idę. Próbowałam
odnaleźć Magdę w wymyślonej przez Żu-
ławskiego formie. Puścić się.
ŁM: Język debiutanckiej prozy Masłowskiej
jest trudny, w zasadzie a filmowy. Ma szczególną
frazę, melodykę – wręcz prosi się o deklamację.
Naprawdę trudno wyobrazić sobie to
wszystko w kinie.
RG: Czy ja wiem? Może trudno to zrealizować,
ale wyobraźnia jest raczej pojemna.
Moja – nad wyraz (Śmiech). Poza tym w filmie
są ludzie, nie tylko język. Uwierzyłam,
że to taki świat, a w nim ludzie tak funkcjonują
i dla nich to jest normalne. Fraza Doroty
jest piękna i prawdziwa, ale jednocześnie
jak gdyby wyolbrzymiona, nadrealistyczna.
W życiu nie mówimy tak, jak w książkach
Masłowskiej – mówimy podobnie.
ŁM: Jak sobie z tym poradziłaś?
RG: Walczyłam o każdą sekundę. Pracując
nad „Wojną...” przechodziłam jakieś apogeum
skupienia. Wiedziałam, że jest to dla
mnie zadanie numer jeden. Dookoła były same
przeciwności produkcyjne, do których
dochodziło moje własne zmaganie się z tą
postacią; z bohaterką, która cały czas mi się
1 2
4
3
wymykała, ale której chciałam dać z siebie
wszystko. Nie wiem, co z tego wyniknie.
Chciałabym, żeby było dobrze – dla Dorotki.