źródło: AKPA
Lesław Żurek, aktor znany jako
porucznik Michał Janicki
z „Małej Moskwy” i Andrzej
z serialu „Londyńczycy”,
ma problem z zawodem, który
wykonuje: „Aktorstwo to zawód
laleczkowaty, dobry dla kobiet,
wbrew temu, co sądzono w czasach
antycznych. Te ciągłe
przebieranki, make-upy, pudrowanie,
zastanawianie się przez
garderobianą, czy lepsze dla
mnie będą spodnie niebieskie,
czy zielone?”… Niezależnie
jednak w jakich spodniach gra,
Żurek jest tak dobry, że doczekał
się nominacji do nagrody
im. Cybulskiego za główną
rolę w „Małej Moskwie”.
Jest godzina 19. i Żurek je właśnie spóźniony
obiad na planie drugiej serii „Londyńczyków”.
Warszawska opustoszała fabryka
Norblina udaje londyński warsztat samochodowy.
Żurek gra Andrzeja, chłopaka,
który tuż po przyjeździe do stolicy Wielkiej
Brytanii rozstaje się z dziewczyną, po czym
otwiera mały biznes: kuchnię polską na kół-
kach minivana, jeżdżącą po „polskich” budowach.
Turecka konkurencja a to chce go
pobić, a to podpalić jego garkuchnię. Ot, wyspiarska
codzienność.
„Londyńczycy” to pierwszy od wielu, wielu
lat dobry polski serial obyczajowy (bo
kryminały lepiej nam wychodzą, patrz
„Glina” Pasikowskiego czy „Pitbull” Vegi).
Serial o emigrantach w Londynie odróżnia
się od nudnej konkurencji szybkim montażem,
świetnymi zdjęciami, dobrą ścieżką
dźwiękową, a przede wszystkim pasjonującym
scenariuszem i dobrymi dialogami.
Jak to się stało, że w końcu Polska doczekał
a się tak dobrego serialu w powodzi
miałkiej tandety?
„Zebrała się ekipa, której zależy – mówi Żurek.
– Od strony produkcyjnej, reżyserskiej
i aktorskiej wszyscy chcieliśmy czegoś fajniejszego.
Przed wejściem na plan wraz z reżyserami
określamy, po co jest dana scena,
czemu służy, jakie są w niej punkty zwrotne.
Dyskutujemy, poprawiamy, zastanawiamy
się. Niestety, na co dzień w polskich serialach
rzeczywistość jest diametralnie inna:
aktor wchodzi na plan bez przygotowania,
byle tylko wypowiedzieć swoje kwestie, zazwyczaj
kiepskie, bo nie oszukujmy się, ale
w Polsce scenarzystów-geniuszy nie mamy.
W tasiemcach bohaterowie są rozmyci,
nijacy. W »Londyńczykach« każdy aktor
wie, jaki jego bohater ma problem i po co
w ogóle jest w scenariuszu. Pewnie dlatego
wyszło nam lepiej niż średnia krajowa.
Pracowałem wcześniej u Kena Loacha
i mam porównanie, więc wiem, że w Polsce
mamy warunki techniczne, by robić
tak dobre rzeczy, jak Anglicy. Ale jeśli nasze
historie są nudne i nieciekawie realizowane,
to nic z tego nie będzie”.