środa, 03 lutego 2010 11:12 | Katarzyna Szymanek/ AKPA Polska Press
źródło: AKPA
Choć kariera Andrzeja Grabowskiego rozwija się już od ponad trzydziestu pięciu lat, po raz pierwszy zdarzyło mu się wziąć udział w tak pechowej produkcji, jaką jest "Tajemnica Westerplatte". Nam aktor zdradza perypetie pracy przy tej głośnej, aczkolwiek niedokończonej, fabule i oczywiście opowiada o jedenastoletnim już związku z Ferdynandem Kiepskim.
- Andrzej Grabowski jest bardzo zapracowanym człowiekiem. Ostatnio zagrał pan aż w trzech produkcjach: "Śluby panieńskie", "Milion dolarów" i "Tajemnica Westerplatte"...
Czterech nawet, bo zagrałem jeszcze taką epizodyczną rolę, ale mam nadzieję bardzo śmieszną, w filmie "Skrzydlate świnie". A "Tajemnica Westerplatte", niestety, została przerwana.
- Są szanse na kontynuację?
Nie wiem... Producent się ukrywa, nie można się do niego dodzwonić, nie wypłaca pieniędzy, między innymi także mnie. Nie mam zielonego pojęcia, co dalej z tym filmem.
Pewnie tyle co wszyscy, którym pracodawca nie wypłaca pensji - złożyć pozew do sądu. Te pieniądze producent musi nam zapłacić. Niektórzy podpisując rachunek, zapłacili już podatek od dochodu, którego de facto nie otrzymali. Nie chcę sprowadzać wszystkiego do pieniędzy, ale ja z tego żyję, to mój zawód, więc dlaczego mam to ukrywać.
- Przykra sprawa. Po raz pierwszy coś takiego się panu przytrafiło?
Chyba tak, w swojej karierze nie miałem dotychczas takiego przypadku. To jakaś strasznie pechowa produkcja. Kręcono ją na Litwie, bo miało być taniej. Wyszło drożej. Nie zbudowano dekoracji... Póki co nie dokończyłem tej roli, więc jeżeli film będzie kontynuowany, producent i tak musi się do mnie odezwać.
- Podejmie pan jeszcze jedną próbę, czy podziękuje?
Dokończę oczywiście. Żałuję tego filmu, bo ma bardzo dobry scenariusz, który znam od dawna.
- Przy pańskim intensywnym trybie pracy pewnie ma pan już kolejne propozycje?
Myślimy z Jurkiem Pilchem o adaptacji jego książki "Pod mocnym aniołem". Konrad Szołajski z kolei przygotowuje się do filmu, ma bardzo śmieszny scenariusz. Będzie to koprodukcja niemiecka i ja też tam zagram. Krótko mówiąc, propozycje są, ale to tylko propozycje. Z dziesięciu może jedna dochodzi do skutku, a i tak gra się zwykle to, czego się nie planowało.
Westeplatte Grabowski ma rację,producent z Litwy nic nie zrobił z tego co powinien
,ale wyprowadził z Polski pieniądze i dlatego nie ma na wypłaty.
Reżyser(debiut)nie zdaje sobie sprawy co się dzieje i nie widzi,że sam
rozwala ten film.
60 prawie lat i kariera? Bez przesady! Gdyby miał 25-30 i taką reklamę i wzięcie to co innego. Jakoś poza Ferdkiem trudno go zauważyć. Zwykły zjadacz chleba, zarabiający ciężką pracą na zjadany chleb.
musi być bogaty skoro mówi, że milion $ to niedużo. Pewnie polsat za odcinek kiepskch płaci mu z 10 000 zl. Dla większości milion zielonych to b. dużo.
Minęły już czasy, kiedy widz identyfikował się tylko i wyłącznie z pozytywnym bohaterem serialu (lata świetności „Dotyku anioła” i „Doktor Quinn” to zamierzchła przeszłość). Dzisiaj obserwujemy zjawisko odwrotne - wysyp telewizyjnych czarnych charakterów, a wraz z nim pojawienie się nowego ulubieńca telewizyjnej publiczności.
Moon Bloodgood jest amerykańską aktorką i modelką, która światową popularność zawdzięcza roli w filmie "Terminator: Ocalenie". Obecnie oglądać ją można w serialu "Wrogie niebo". Sprawdźcie, co o grze w produkcji mówiła sama gwiazda.
Film Charesa jest wnikliwą satyrą na amerykański styl życia, narodową histerię oraz wieczną i nieustępliwą poprawność polityczną. „Dyktator” konfrontuje widzów ze stereotypami zrodzonymi na linii „konfliktu” USA z resztą świata, dodatkowo ośmieszając zachodni elektorat. To o czym całkiem na serio mówi Michael Moore, Cohen wykorzystuje z rozbrajającą charyzmą umiejętnie obnażając przed całym światem amerykański system wartości. Dowcip być może okaże się rażący jest jednak trafny. Wiele scen z tej nietuzinkowej komedii przejdzie do historii światowego kina, a my Polacy możemy jedynie pozazdrościć Amerykanom odwagi w wyśmiewaniu narodowych kompleksów.