Jerzy Skolimowski
źródło: AFP
O swoim filmie "Essential Killing", uhonorowanym Nagrodą Specjalną Jury na
festiwalu w Wenecji, opowiedział PAP Jerzy Skolimowski. "To opowieść o człowieku sprowadzonym do
roli zwierzęcia" - powiedział reżyser.
PAP: Jak powstawał scenariusz "Essential Killing"? Trudno uniknąć pytań o inspiracje. Mieszka Pan
na Mazurach...
Jerzy Skolimowski: W pobliżu lotniska Szymany, gdzie prawdopodobnie - według medialnych doniesień -
lądowały samoloty CIA i skąd przewożono więźniów do Kiejkut. Zaznaczę jednak: rozważania na temat,
czy w Polsce istniały tajne więzienia CIA są tematem politycznym. A dla mnie tematy polityczne są
odrażające. Trzymam się od polityki jak najdalej. Uważam, że jakiekolwiek próby interwencji są
skazane na niepowodzenie. Polityka to gigantyczna śnieżna kula, która toczy się własnym torem.
Przyklejają się do niej różne zjawiska, zdarzenia, sprawy. Ja nie chciałbym się do tego przyklejać.
Szymany dostarczyły mi jednak inspiracji. I to w zaskakujących okolicznościach. Pamiętam pewnej
nocy, w zimie, jechałem samochodem z napędem na cztery koła, drogą, którą doskonale znam. Choć
jechałem ostrożnie, wpadłem w poślizg. Zatrzymałem się cudem, tuż nad urwiskiem, z którego mój
samochód mógł się stoczyć. Zdałem sobie sprawę, że znajduję się dwa kilometry od lotniska Szymany.
I że jestem na drodze, którą konwoje przewożące więźniów musiałyby jeździć.
PAP: To zdarzenie uruchomiło Pańską wyobraźnię - reżysera i scenarzysty?
J.S.: Uznałem, że taka sytuacja mogłaby przydarzyć się jadącemu tą samą trasą konwojowi z
więźniami. Gdy na przykład konwój natrafia na przebiegające stado dzików. Pierwszy samochód hamuje,
drugi go potrąca i w poślizgu, spada z urwiska. To pojazd-więźniarka. Stacza się, otwierają się
drzwi. Wydostają się więźniowie. Jednemu udaje się uciec.
Od tego momentu rozpocząłem mój film. Zacząłem snuć fantazje, co z tym człowiekiem mogłoby się
stać. Mój bohater - boso, w kajdanach i w drelichu - znajduje się nagle wśród śniegu, który widzi
po raz pierwszy w życiu, w 30-stopniowym mrozie. Wszystko, co działo się z tą postacią wcześniej,
przed wypadkiem, potraktowałem jako tło. Z tego tła "wydobyłem" bohatera, aby rzucić go w sytuację,
która mnie interesuje. Cała ta wojna, z którą związany jest bohater, została przeze mnie świadomie
niedopowiedziana.
PAP: Nie określa Pan, nie nazywa miejsc, w których rozgrywa się akcja "Essential Killing".
J.S.: W tym filmie wojna jest anonimowa. Nie wiemy, gdzie jesteśmy. Wiemy, że jedną stroną
konfliktu jest armia amerykańska. Ale czy rzecz dotyczy Afganistanu, Iraku, czy jakiegokolwiek
innego kraju, czy chodzi o ściganie niedobitków Al-Kaidy, na przykład przy granicy Pakistanu? Tego
nie precyzuję. W filmie nie pada ani jedna nazwa, ani jedno imię. To celowo enigmatyczna opowieść -
o losie jednostki, o człowieku, który zostaje, wskutek sytuacji, w jakiej się znalazł, sprowadzony
do roli zwierzęcia. Polityczny kontekst nie odgrywa dla mnie roli. I dla widza też nie powinien.
Cała ta historia dotyczy jednego człowieka. I zaznaczę: rozegrałaby się ona w taki sam sposób,
gdyby człowiek ten był terrorystą, jak również gdyby był przypadkowym facetem, który znalazł się w
niewłaściwym miejscu, o złej porze - natknął się na trzech żołnierzy, przestraszył się i, w wyniku
dramatycznego splotu okoliczności, ich zabił. W "Essential Killing" nie zostaje sprecyzowane czy
bohater jest człowiekiem winnym, czy niewinnym. Nie jest nawet powiedziane, że urodził się w
Afganistanie. Ja nie mówię w tym filmie: oto Afgańczyk, oto talib. Mówię: oto człowiek.
PAP: Co się dzieje z bohaterem po tym, jak ucieka z konwoju?
J.S.: Stara się przeżyć w ekstremalnych warunkach. Wszystko, co staje na jego drodze, okazuje się
wrogiem. Walka o przeżycie popycha go do kolejnych zabójstw. Obserwujemy człowieka w tragicznej
sytuacji, sprowadzonego do roli zwierzęcia, na które się poluje. Zwierzęcia zaszczutego. Zwierzę
broni się tak, jak potrafi, czyli - zabija.
PAP: Stawia Pan w tym filmie pytania o granice człowieczeństwa?
J.S.: Tak.
PAP: "Essential Killing" jest wspólną produkcją czterech krajów: Polski, Norwegii, Węgier i
Irlandii. W Norwegii zrealizował Pan ponad 30 proc. zdjęć.
J.S.: Zacznę od tego, co - w zabawny sposób - łączy ten film z moim poprzednim, "Czterema nocami z
Anną". Jest to moja ogromna niechęć do opuszczania własnego domu na Mazurach. Mieszkam w głębi lasu
i bardzo to sobie chwalę. "Cztery noce...." udało mi się nakręcić w tym rejonie. Mieszkałem we
własnym domu, nie musiałem wstawać o piątej rano, by jechać gdzieś daleko. Nie musiałem zatrzymywać
się w obskurnych hotelach. Miałem komfort. Zastanawiałem się, czy będę w stanie to powtórzyć przy
kolejnym filmie. Okazało się, że nie.
"Essential Killing" zaczął się rozrastać. Zaczęło się od sprawy śniegu. Zdjęć w scenerii leśnej nie
kręciliśmy na Mazurach, lecz w Norwegii. Polska zima nie gwarantuje śniegu. A w tej historii śnieg
jest istotny. Weszliśmy w koprodukcję z Norwegami, by mieć zapewniony śnieg.
Zobacz także:
BACHLEDA PRZYŁAPANA NA BALANDZE
TYCH ZDJĘĆ WSTYDZĄ SIĘ GWIAZDY
BRYTYJKI SĄ BRZYDKIE? BZDURA!
CO SIĘ STAŁO BRODZIK?! WYGLĄDA FATALNIE!
ZAGŁOSUJ NA URODZINOWE LOGO WP I WYGRAJ ZEGAREK TIMEX