Bruce Willis w filmie ''Ostatni sprawiedliwy''
źródło: New Line Cinema
Gdy w 1991 roku Arnold Schwarzenegger, Sylvester Stallone i Bruce Willis promowali wspólny biznes - sieć ekskluzywnych restauracji Planet Hollywood - uchodzili za największe gwiazdy nie tylko kina akcji, ale też całego Hollywood. Świat stał u ich stóp, kariery nabierały rozpędu, a portfele puchły od nadmiaru gotówki. Dziś, gdy słynna sieciówka zdążyła już dwa razy zbankrutować, a wizerunek filmowego herosa uległ całkowitemu przewartościowaniu, na miano gwiazdy z prawdziwego zdarzenia zasługuje tylko jeden nich. Podczas gdy Schwarzenegger postawił na politykę, a Stallone na reżyserskie fanaberie, tylko Bruce'owi udało się utrzymać w aktorskim siodle. To właśnie jego angażuje się do największych superprodukcji, to z nim podpisuje się ekskluzywne kontrakty reklamowe. Dlaczego? Bo tylko on z rzeczonego tria jest aktorem z prawdziwego zdarzenia? Poniekąd.
Czasy się zmieniły; nikt nie chce już oglądać na ekranie spoconych bicepsów, ani tym bardziej wysłuchiwać bełkotliwych tyrad nabuzowanych macho-dupków. Liczy się ironia, dystans względem siebie i własnego wizerunku. Dlatego karierę robią dziś lubiący sobie podowcipkować Jason Statham czy Dwayne Johnson, a nie cierpiący na szczękościsk i przerost masy mięśniowej Steve Austin i Randy Couture. Dla tych ostatnich nadziei nie ma - miejsca na dolnych półkach wypożyczalni, gdzieś pomiędzy wątpliwej klasy przebojami Stevena Seagala i Dolpha Lundgrena, jest całkiem sporo. Jak się przed tym ustrzec? Jak pozostać na topie, a jednocześnie ku uciesze tłumów co miesiąc ratować świat przed zagładą?
Wydaje się, że najlepsze nauki Bruce pobrał od swej ówczesnej żony, Demi Moore. Gdy pod koniec lat dziewięćdziesiątych jej kariera uległa niespodziewanemu załamaniu, media zaczęły sugerować, że to z powodu jej aktorskich niedostatków i źle dobieranych scenariuszy. Wydaje się jednak, że prawda jest nieco mniej delikatna. Czy przypadkiem jest, że kryzys nadszedł gdy Moore w dwóch filmach z rzędu postanowiła poddać w wątpliwość swój największy atut - kobiecość? Artystyczną i aktorską mieliznę "Striptizu" i "G.I. Jane" trudno przemilczeć, ale to właśnie sposób w jaki ówczesna gwiazda się w nich zaprezentowała uznać wypada za naprawdę istotny. Publiczność jest bezlitosna. Gdy okazało się, że Moore fatalnie wygląda nago (sztuczne piersi, mięsiste uda, nienaturalny tyłek), a jednocześnie wyciska więcej pompek niż niejeden samiec, klamka zapadła. Przeciętny widz nie będzie przecież oglądać brzydkich i umięśnionych kobiet!
Podobna reguła tyczy się mężczyzn. Faceci na ekranie mają być zabawni i zdystansowani, nie wolno im...