źródło: AKPA
Nieco przewrażliwiony, bez reszty oddany firmie „Polish Lody”, którą pragnie uratować przed dezintegracją, specjalista od HR Marek Stasiak to nowe wcielenie Tomasza Kota w komedii „Wyjazd integracyjny”. Aktor zdradza kulisy realizacji filmu i swoje podejście do wielkich korporacji.
- Na ekranach kin gości właśnie komedia Przemysława Angermana „Wyjazd integracyjny”. Co spowodowało, że przyjął Pan rolę Stasiaka?
Byłem akurat w trakcie zdjęć do innego filmu kręconego w największym biurowcu w Warszawie. Pewnego dnia, gdy wjeżdżałem windą na najwyższe piętro, co chwilę widziałem logo jakiejś firmy. Uświadomiłem sobie, że Polska staje się krajem korporacyjnym i, jeśli ten film wyjdzie, co ostatnio nieczęsto zdarza się w naszym kinie, to jest szansa na udział w ciekawym przedsięwzięciu. Tu chciałbym zaznaczyć, że w chwili kręcenia nikt z obsady, łącznie z reżyserem, nawet nie pomyślał, że będzie to polska wersja „
Kac Vegas”. Ten dziwny sposób reklamowania filmu zastanawia chyba każdego z ekipy robiącej go.
- Wielu aktorów przed rozpoczęciem kariery imało się różnych zajęć. Czy miał Pan okazję pracować kiedykolwiek w korporacji?
Żyjemy w ciężkich czasach, w których każdy radzi sobie jak może. Mam wielu znajomych, którzy pracują w podobnych koncernach. Praca w takim systemie wymusza u ludzi różne dziwne zachowania, jak na przykład radość, że od nowego tygodnia będą pracowali na szóstym piętrze, podczas gdy do tej pory mieli biuro na czwartym. Kiedy kręciliśmy „Wyjazd integracyjny”, spotkałem w lesie uczestników prawdziwych firmowych integracji. Trzech taterników montowało chorągiewki na szczytach drzew, podczas gdy reszta pokonywała błota trzy kilometry dalej, aby po biegu wdrapać się na drzewo i zdobyć chorągiewkę. Wszystko działo się pod okiem firmowego psychologa, który zapisywał wyniki poszczególnych osób. Ucieszyłem się wtedy, że nigdy nie musiałem biegać tak jak oni.
- Rozumiem, że nie był Pan na podobnym wyjeździe nawet jako obserwator?
Nie zdarzyło mi się, ale do hotelu, w którym trwały zdjęcia, co jakiś czas przyjeżdżały prawdziwe „wyjazdy integracyjne”. Na początku wspólną cechą wszystkich grup było przekonanie: „To my będziemy tu teraz rządzić!”. A już drugiego dnia każda z nich przypominała całą resztę (śmiech).
- A jak uczestnicy wyjazdów reagowali na obecność ekipy filmowej?
Plan filmu był odpowiednio zabezpieczony, ale, z oczywistych względów, nie udostępniono nam całości hotelu. Kilka razy nasz udawany świat wchodził więc w kolizję z tym rzeczywistym. Pamiętam scenę, w której mój bohater wraca pijany z dyskoteki. Pada słowo: „Akcja!”, wchodzę do windy, zjeżdżam piętro niżej, by za chwilę wrócić w to samo miejsce, zamykam oczy i wypadam z bełkotem, ale... zamiast kamery widzę nową grupę, która właśnie przyjechała na integrację. Okazało się, że to oni w ostatniej chwili ściągnęli windę na dół.
- Dużo własnych pomysłów dodał Pan do scenariusza?
W filmie jest scena, w której Stasiak siedzi samotnie przy ognisku, pije piwo i opłakuje swój marny los specjalisty od HR (Human Resources – przyp. red.). Bardzo mi zależało, aby do słów: „Nie da się normalnie żyć”, dodać: „W tym cholernym kraju”. Reżyser to zaakceptował, bo zależało mu, by w filmie pojawiło się również kilka gorzkich momentów.