Przepustką do świata show-biznesu był dla Winstead talent taneczny, który wypromował ją na Broadwayu, a następnie otworzył drzwi do hollywoodzkiej kariery. W niedługim czasie stała się jedną z najbardziej rozchwytywanych gwiazd młodego pokolenia. Ma na koncie m.in. rolę filmowej córki Bruce’a Willisa w „Szklanej pułapce 4.0”, występ u Tarantino i nominowaną do Teen Choice kreację w filmie „Scott Pilgrim kontra świat”.
W filmie „Coś” Winstead, prywatnie wielka fanka horrorów i twórczości Carpentera, wcieliła się w młodą badaczkę, która niczym współczesna Ellen Ripley stanie do konfrontacji z drapieżnym monstrum. „Moja postać, Kate, to naprawdę inteligentna dziewczyna, niezłomna i o silnym charakterze. Trudno stawić czoła takiej kobiecie.” – zapewnia aktorka. O tym, że Winstead była idealną kandydatką do głównej roli w „Coś” przekonuje J. Miles Dale, producent wykonawczy filmu: „Mary ma wszechstronny talent, odpowiednie wyczucie ciężkości, patos i siłę. Ma wszystkie cechy, które chcieliśmy widzieć w jej postaci.”
Dość nieoczekiwanie kariera Winstead związała się z osobą Kurta Russella. Najpierw wystąpiła u jego boku w „Grindhouse: Death Proof”, przeboju Quentina Tarantino, który przywrócił blask gasnącej gwieździe Kurta, gdzie dała niezapomniany pokaz wokalnych umiejętności wykonując utwór „Baby It’s You”. Teraz zobaczymy ją w prequelu filmu, który w latach 80. utorował Russellowi drogę do sławy.
"Coś" pojawi się w polskich kinach już 16 grudnia.
Oglądając polską telewizję często widzimy w niej amerykańskie akcenty – nie tylko w postaci programów opartych na formatach ze Stanów Zjednoczonych. W rodzimych serialach, bohaterowie często oglądają amerykańskie filmy, czy wspominają tamtejsze gwiazdy show biznesu. Zdarza się jednak i tak, że w telewizji za wielką wodą pojawiają się polskie wątki i bohaterowie polskiego pochodzenia. W zależności od tego, czy mamy do czynienia z serialem dramatycznym, czy sitcomem – nasze narodowe cechy przedstawiane są mniej lub bardziej stereotypowo. Przypomnijmy sobie, która z postaci narobiła największego zamieszania w jankeskim serialu.
Jeśli ktoś po drugiej części „Facetów w czerni” sądził, że ich formuła bezpowrotnie się wyczerpała, a żadna kolejna nie dorówna pierwszemu epizodowi sprzed 15 (!) lat, ten powinien śmiało zaryzykować i wybrać się na trzecią odsłonę zabawy z „K” i „J” w rolach głównych. To bez wątpienia jedna z najlepszych komedii tego roku!