''Czas wojny'': Spielberg składa hołd swym wielkim poprzednikom
wtorek, 10 stycznia 2012 12:36 | wp
źródło: Forum Film
Od piątku, 13 stycznia, w polskich kinach oglądać będziemy „Czas wojny” – wielkie filmowe widowisko, które wyszło spod niezawodnej ręki samego Stevena Spielberga. To adaptacja książki oraz sztuki „War Horse”, ukazującej koszmar walk w okopach I wojny światowej, a pośród wojennego piekła dzieje dozgonnej przyjaźni chłopaka i niezwykłego konia o imieniu Joey.
Epicki oddech tej opowieści, za którą stoją angielscy scenarzyści Lee Hall („Billy Elliot”) i Richard Curtis („Cztery wesela i pogrzeb” „To właśnie miłość”, obie części „Bridget Jones”), przywodzi na myśl „Przeminęło z wiatrem” oraz westerny Johna Forda. Spielberg składa niejako hołd „staremu” Hollywood, z jego szczerością i emocjonalnym zaangażowaniem.
Rzeczywiście, „Czas wojny” to bez wątpienia wyciskacz łez. – Jeśli nie zapłaczesz na „Czasie wojny” to znaczy, że nie masz kanalików łzowych – pisał „The Times”, który swą entuzjastyczną recenzję opatrzył tytułem „War Horse jest gotów do gonitwy po Oscary”.
Z kolei recenzent „Daily Mail” zapewniał po grudniowej premierze w Londynie: – Najbardziej wzruszający film, jaki widziałem w tym roku (…).
Prasie brytyjskiej wtórowała prasa zza Atlantyku. – Zwolnij nieco swój przyspieszony, nowoczesny, ruchliwy metabolizm (…). Powściągnij instynktowną niecierpliwość, ucisz rozdrażniony głos w twojej głowie i pozwól sobie przywołać bądź odkryć głęboką przyjemność szczerości – apelował „The New York Times”.
O filmie:
Rodzina Narracottów prowadzi farmę w Devon (Wielka Brytania). Ojciec (Peter Mullan) kupuje pięknego konia Joeya, który nie nadaje się jednak do pracy w gospodarstwie. Zaprzyjaźnia się z nim mocno syn Narracottów Albert (Jeremy Irvine). Wkrótce ogier zostaje sprzedany armii. Poznajemy jego dramatyczne koleje losu podczas zawieruchy I wojny światowej. Tymczasem Albert, który pragnie odnaleźć swego wiernego przyjaciela, zaciąga się do wojska.
Oglądając polską telewizję często widzimy w niej amerykańskie akcenty – nie tylko w postaci programów opartych na formatach ze Stanów Zjednoczonych. W rodzimych serialach, bohaterowie często oglądają amerykańskie filmy, czy wspominają tamtejsze gwiazdy show biznesu. Zdarza się jednak i tak, że w telewizji za wielką wodą pojawiają się polskie wątki i bohaterowie polskiego pochodzenia. W zależności od tego, czy mamy do czynienia z serialem dramatycznym, czy sitcomem – nasze narodowe cechy przedstawiane są mniej lub bardziej stereotypowo. Przypomnijmy sobie, która z postaci narobiła największego zamieszania w jankeskim serialu.
Jeśli ktoś po drugiej części „Facetów w czerni” sądził, że ich formuła bezpowrotnie się wyczerpała, a żadna kolejna nie dorówna pierwszemu epizodowi sprzed 15 (!) lat, ten powinien śmiało zaryzykować i wybrać się na trzecią odsłonę zabawy z „K” i „J” w rolach głównych. To bez wątpienia jedna z najlepszych komedii tego roku!