Katarzyna Figura jest kolorowym ptakiem pod każdym względem. Aktorsko i osobowościowo. Nieustannie robi to, co kocha. Gra w filmach -
"Yuma", „Cudowne lato”, "Wyjazd integracyjny", występuje na scenie, podróżuje po świecie ze spektaklami "Gąska" i „Persona. Marilyn”. Wciąż nienasycona i uskrzydlona swoją pracą.
- Ile waży dusza wszyscy wiedzą, a ile waży sukces Katarzyny Figury?
To wielki komplement. Na pewno jest to waga ciężka i opłacona kilkoma porażkami, rozczarowaniami.
- Waga mistrzowska.
Jeśli coś się udaje, a tak się zdarza, to ta walka jest warta nawet za cenę tych porażek i rozczarowań. Wykonując zawód aktora trzeba mieć wizję i dążyć do tego, aby osiągać sukcesy, ale jednocześnie trzeba być przygotowanym na najgorsze. Myślę, że właśnie to najgorsze buduje i wpływa na to, że jesteśmy w stanie docenić, zauważyć i nie przejść obojętnie obok czegoś wartościowego. Tak samo jest ze szczęściem.
- Ciągle go poszukujemy, a ono cały czas jest w zasięgu...
Dokładnie. Nie ma czegoś takiego jak jeden, optymalny cel. Każdy z nas inaczej interpretuje to, co do niego przychodzi. Tylko od nas zależy, co z tym zrobimy, którą drogą pójdziemy i czy nie zaprzepaścimy tego.
- Pani mogła zrobić karierę na całym świecie, jednak podjęła decyzję, że zostaje w Polsce. To ziarno próżności czy strach zatrzymały panią w kraju?
Absolutnie nie czuję się zatrzymana w kraju. Niewykluczone, że będę mieszkała w Stanach. Jest taki rodzinny plan. Może tak się zdarzy. Bardziej niż przeraża, jest on dla mnie pociągający. Stanowi wyzwanie. Na tyle jednak zrobiło się ciekawie zawodowo, że kontynuuję życie w Polsce. Nasza rodzina jest międzykontynentalna (śmiech).
- Różnie pisano o waszych relacjach. To siła miłości pozwala pokonać przeciwności i odległość?
Nie wiem, czy wielka siła miłości. Na pewno są to wybory, które na tym etapie naszego życia, po tylu latach, dokonujemy przede wszystkim pod kątem dzieci. Jednocześnie byłoby dla mnie trudne i nierozsądne zrezygnowanie z kariery, z pracy tutaj, kiedy nagle dostaję tak wiele ciekawych propozycji. Z aktorami tak jest, że kiedy mamy bardzo duży sukces, musimy wiedzieć, kiedy się delikatnie na chwilę wycofać. Nie można być cały czas w świetle.
- Światło wypala?
Światło wypala, męczy. Pracujemy na żywym organizmie, pracujemy sobą. Pracujemy przez siebie i dla siebie, ale przede wszystkim pracujemy dla widza. Nienasycenie jest stanem o wiele bardziej interesującym niż zachłyśnięcie. Wycofanie się ze światła nie musi wcale oznaczać zatrzymania. Niejednokrotnie role epizodyczne, drugoplanowe wysuwają się na plan pierwszy. Trzeba umieć to dostrzec.
- To mądrość życiowa?
To jest pewnego rodzaju hazard. Nie zawsze się wygrywa.
- Ten zawód panią karmi, pielęgnuje?
Tak! Ja tworzę, ale on mnie stwarza. Ciągle na nowo. Przy każdej roli ten proces się odnawia i jest za każdym razem inny. To jest fantastyczne. To moja pasja. Sprawia, że życie pulsuje. Wiem, że naprawdę żyję.
- Pracuje pani z młodymi aktorami, jak chociażby przy ostatnim filmie „Cudowne lato” w reżyserii Ryszarda Brylskiego. Wydaje mi się, że młodym brak tej pokory i dystansu do siebie?
Niekoniecznie. Ta generacja, która teraz wchodzi na ekrany, jest oszałamiająca. Przed laty pracowałam z Natalią Rybicką przy „Żurku” Ryszarda Brylskiego. Była dla mnie objawieniem. To ja się wtedy upierałam, że powinna zostać aktorką, a ona nie chciała dać się przekonać. Na szczęście zmieniła zdanie. Jest niezwykle zdolna. Teraz w „Cudownym lecie” Ryszard odkrył Helenę Sujecką. To wspaniała aktorka. Wiem, że wiele jeszcze o niej usłyszymy, zobaczymy jej wiele fantastycznych wcieleń. W tej chwili jestem w zdjęciach do filmu "Yuma"Piotra Mularuka i Helena znów gra tam bardzo ciekawą postać. Jest fenomenalna. Główną rolę z kolei gra Kuba Gierszał, młody aktor, który ma za sobą – podobno bardzo ciekawy film – "Sala samobójców"Jana Komasy.