Długo walczył z łatką „aktor jednej roli”. W końcu udało mu się wydostać z postaci Rysia, z „13 Posterunku”. A to za sprawą kilku wspaniałych ról w filmach Wojciecha Smarzowskiego. I dzięki temu polska publiczność poznała naprawdę ciekawe oblicze aktora, a właściwie kilka z nich, bo Jakubik to współczesny artysta renesansowy.
- Panie Arku, czy nadal Pana denerwuje to, że dla większości osób wciąż jest Pan Rysiem?
Nierozgarniętym policjantem-saperem z
„13 Posterunku”.
A jestem? (śmiech). Nie. Już nie. Jeszcze parę lat temu rzeczywiście mnie to irytowało. Ludzie zaczepiali mnie w czasie najróżniejszych prywatnych sytuacji, typu spacer w parku czy wyjście z rodziną do kina, krzycząc „Rysio, Rysio”. Miałem problem z taką aktorską „szufladą”, z której bardzo trudno było mi się przez długi czas wydostać. I powtarzam to często, że gdybym nie spotkał
Wojtka Smarzowskiego i nie dostał propozycji zagrania w
„Weselu”, to pewnie dalej bym w tej szufladzie siedział. Z czasem nabrałem dystansu do samego siebie i, o dziwo, polubiłem Rysia. Prawda jest taka, że aktor ma tylko jedną twarz i po prostu daje ją najróżniejszym postaciom, które gra.
- Uprzedził Pan moje pytanie, które miało brzmieć: Jak Panu się udało wyjść z szuflady. Rozumiem, że wystarczy jedynie spotkać dobrego reżysera z dobrym scenariuszem…
No właśnie, aktor musi mieć ogromnego farta, żeby w określonym czasie i w określonej przestrzeni spotkać tę właściwą osobę…
- Jednym słowem szczęściarz z Pana. I to taki, o którym można powiedzieć, że jest aktorem Wojciecha Smarzowskiego.
Chciałbym, żeby tak było, ale to już nie zależy ode mnie. Póki co zagrałem w
„Weselu” i
„Domu złym”, nie grałem w
„Róży”. Teraz gram w
„Siedmiu dniach”, zobaczymy co będzie dalej. Smarzowski jest dzisiaj u szczytu formy, jest klasą samą dla siebie, aż strach pomyśleć, co będzie w następnych filmach.
- A proszę nam ujawnić, na tyle na ile Pan może, o czym jest „Siedem dni”?
„Siedem dni” to historia o siedmiu policjantach, a właściwie sześciu policjantach i jednej policjantce. Główną rolę gra Bartek Topa. Akcja dzieje się w ciągu siedmiu dni. Każdy z tych policjantów nosi jeden grzech na plecach, jeden z siedmiu grzechów głównych... Właśnie kilka dni temu skończyłem zdjęcia do tego filmu. Dostałem w nim najfantastyczniejszą rolę pod słońcem.
- Jaki grzech Panu przypadł i na czym polega fantastyczność roli?
A jak Pan myśli? Grzech nieczystości. Moja postać, starszy aspirant Marek Petrycki to pies na baby. Ma wspaniałą rodzinę, cudowne dzieci, za którymi przepada i kochającą żonę, którą uwielbia. Natomiast cały czas mu mało, jest po prostu seksoholikiem. Idzie na kebab po pracy… i już musi iść w miasto szukać kolejnej seksualnej przygody. Nietrudno więc zrozumieć dlaczego to jest fantastyczna rola (śmiech). Oparta głównie, tak to ustaliłem z reżyserem, na ćwiczeniach fizycznych. Na pompkach, czasami na jakiejś innej wersji przysiadów. Mniej tu jest psychologii i ekstremalnych stanów emocjonalnych, które przerabialiśmy w „Domu złym”. Myślę, że w ogóle ten film będzie lżejszy. Raz, że to kino gatunkowe - kryminał z polityczną intrygą w tle - a dwa, że duchem bliższy
„Weselu”. Będzie też dużo śmiesznych scen, ale jest to oczywiście humor a la Smarzowski.
- Te siedem wątków będzie się splatać i potem, na koniec, nastąpi ich rozwiązanie?
Wojtek bardzo precyzyjnie konstruuje historie drugiego planu i one znakomicie dopełniają główny wątek, tak, że widz przez te dwie godziny będzie z uwagą i napięciem śledził akcję.
- Proszę wybaczyć bezpośredniość, ale muszę zapytać: czy będą sceny, w których jest Pan kompletnie goły i w trakcie aktu seksualnego?
Hmm, nie wiem co powiedzieć. Były takie sceny, kręciliśmy je, nie ukrywam. Ja grałem takie sceny po raz pierwszy w życiu. Chociaż nie, kiedyś miałem przyjemność w
„Domu złym” z Kingą Preis, ale to było tak zręcznie filmowo oszukane, że mieliśmy tam luksus nie przekraczania granic intymności. Tu już było zdecydowanie gorzej, ponieważ starszy aspirant Petrycki szaleje po agencjach towarzyskich. No i tam to już jest na bogato...
- Jak się gra takie sceny? Bo chyba każdy aktor ma swój własny „patent” na to. Pan jest nagi, kobieta jest naga, musicie udawać, a jednocześnie pewnych rzeczy nie da się udawać. Jak to się robi?
Ponieważ to nie jest film pornograficzny, my tylko to gramy. To co grałem w
„Siedmiu dniach” to były tylko ćwiczenia ruchowe. W tym nie ma żadnej psychologii, jest gimnastyka (śmiech). A tak serio, to najtrudniej pokonać barierę własnego wstydu…