Średnia ocena:
Oceń recenzję:
Nie wiem jak to jest z wami, ale u nas, jeszcze w końcu w „młodym” małżeństwie, wszelakiej maści starsze panie, doskonale psują humor. I to od samego rana. Pierwsza z dam, ulubiona przez Kowalskiego, wypełza ze swej nory w godzinach nazbyt porannych. A nawet czasem jeszcze nocnych – najpóźniej o piątej.
Owa dama posiada wszelakie narzędzia, którymi według wszelkich definicji powinno się sprzątać, ale ona ma widać inne pojęcie o ich użytkowaniu. To jej zdaniem... muzyka na miotłę, grabie i metalową szufelkę. Skrobanie, walenie, tupanie, drapanie... to tylko niektóre z jej popisowych numerów.
Do tego dochodzi jeszcze jej „urzekający” piesek „piii...” (wybaczcie, ale jeszcze chcemy tutaj pomieszkać, więc nie wymienimy imienia), który nie tylko szczeka, ale na którego wciąż należy krzyczeć... to dlatego, ciągle nie przepadamy za starszymi paniami. Utrudniają życie, upierdliwie zajmują miejsce i plotkują nazbyt niedyskretnie. O wielkiej Sziwej nie będziemy wspominać, bo ostatnio podupadła na zdrowiu, i lepiej nie psuć sobie atmosfery, jakby nagle zdarzyło jej się, no wiecie. Dlatego na przykład film: „Jak zabić starszą panią”, obejrzeliśmy w celach instruktażowych. Wyłącznie. Z „Ladykillers”, nie było tak łatwo.
To jest tak, obydwoje, znaczy Kowalski i ja, wzajemnie twierdzimy, iż starsze panie, a zwłaszcza te ciemnoskóre damy, dość mocno zaznaczyły swoją obecność w całej filmotece. Wspominając chociażby genialną służącą panny Scarlett z „Przeminęło z wiatrem” (Kowalski oczywiście nie wie o kim mowa), wiadomo, iż można się po nich spodziewać wszystkiego. Zawsze idą przez życie przebojem. Otaczająca ich korpulentne...
Marzena i Tomasz Kowalscy