Brak średniej oceny.
Oceń recenzję:
“Przekombinowany “ film moim zdaniem. Trochę za dużo wątków, za dużo dygresji, które potem gdzieś tam się spotykają i tworzą całość, ale dla mnie za późno. Zbyt wcześnie zaczęłam się gubić, żeby być zainteresowaną co dalej. Myślę, że nie jeden widz będzie w podobnej rozterce i nie raz zada pytanie o co tu właściwie chodzi, kto jest kto i dlaczego… Mnożą się sytuacje, (w zastraszającym dla nie nadążającego widza tempie!), przeplatają się zdarzenia, przecinają niczym ulice na skrzyżowaniach – zmuszając nas do wytężenia zmysłów, rozglądania się na wszystkie strony i wyciągania wniosków. Widz musi być w gotowości umysłowej, wystarczy chwila nieuwagi (np. na otworzenie szeleszczącego batonika, albo wyłączenie telefonu), a może sobie darować resztę filmu. Nie ma tu gonitw i pościgów, panuje więc spokój ? Pozorny. Kamera delektuje się postaciami, które niczym w zwolnionym tempie przesuwają się po ekranie, zaciągają dymem papierosowym, wypuszczają go (widok kobiety palącej papierosa przez szklaną lufkę tutaj jest piękny…) i przyglądają sobie. Mamy czas żeby przyjrzeć się twarzom – a nawet bliżej: oczom, ustom… Niby go mamy, a nie mamy go wcale. De Palma nie pozwala widzom rozleniwić się. Pogania nas i bohaterów, pakuje ich w kolejną intrygę, wymyśla sekrety, od których puchnie głowa. Zaczynamy wszystkich o wszystko podejrzewać. Jest morderstwo przewodnie, które miało być głównym tematem filmu, ale pojawia się tyle wydarzeń jakie z powodzeniem mogłyby (i prawdopodobnie to robią) wieść prym. Mamy skomplikowane relacje damsko – męskie, samotność, wykorzystywanie nieszczęśliwych i zagubionych osobników, przyjaźnie i miłości pełne znaków zapytania, mamy kwestię prostytucji (z wyboru i z przymusu), jest też trójkącik damsko – męski, a z nim pytania kto tu jest szczery, kto i do kogo i co czuje… Za dużo! Nie przeczę – ciekawie jest, ale męcząco.
Choć tajemnica tajemnicę goni, to kamera zwalnia i narażając się na pogubienie w treści można podziwiać piękne obrazy. Tu wszystko jest p i ę k n e, staranne, idealne. Wielkie oczy Scarlett, soczyste i perfekcyjnie umalowane usta Scarlett i Hilary… Każdy kadr wydaje się być dokładnie przemyślany, dopracowany w szczególe – tak jak ubiór i makijaż bohaterek. Owinięta srebrnym woalem tytoniu Scarlett, otulona blond lokami niczym słynna Marilyn, w białym moherowym sweterku, albo lśniącym szlafroku…, z jej cerą kontrastują wściekle czerwone usta – i wyglądałaby jak anioł, tylko ten kolor…, bije z niego niepokojący erotyzm… czy pasuje niewinnym niebiańskim istotom? De Palma uwodzi nas sposobem w jaki pokazuje swoje aktorki (aktorów mniej…). Ich wygląd, każde słowo, gest – pełne są erotycznego czaru, jakiejś magii, która hipnotyzuje. I tu wielki plus dla twórców „Czarnej Dalii”.
Jednak pomimo wymienionych śliczności (Johansson, Swank) – na medal, a nawet koronę zasługuje wystąpienie brzydkiej Fiony Shaw. Taka twarz rodzi się jedna na milion i jak ją zobaczymy to pewnie długo nie zapomnimy. Miny, grymasy, kształty… jakie ta aktorka potrafi wyrysować na swojej twarzy są karykaturalne i wyjątkowe. Mamy wrażenie, że jej ciało jest z gumy, a skóra z elastycznego tworzywa, które można dowolnie gnieść i naciągać. Gra tej pani też nie jest czymś zwyczajnym, czy po prostu dobrym – tylko brawurowym popisem, w którym żongluje oznakami szaleństwa i przebłyskami jasności myślenia. Niezwykły kontrast z maślanymi, modelowymi panienkami. Moim zdaniem pierwszorzędna gwiazda. W stylu Glenn Close. Fascynująca. Jej szpetność jest tak unikatowa, że piękna. Sceny z nią to najmocniejsza strona tej produkcji. Chciałabym zaklepać jej Oscara.
Marta Surowiecka