Piła to miał być przełom w moim filmowo-niepłaczliwo-niestrasznym jak do tej pory życiu. No, bo ja tak jakoś ani nie płaczę, ani się nie boję, ani tak właściwie się nie wzruszam. Eufemizmów się wyzbywając, powiem, że filmowo to emocjonalny ze mnie cyborg. Piła miała to zmienić, miała zrobić na mnie wrażenie. Taki był mój plan. A ja przez pół filmu notorycznie śmiechem wybuchałam, bo to kawał parodii było.
Kiedy już zbliżała się straszna scena, i przeżyłam coś na kształt wstrząśnięcia (czy może bardziej na miejscu i bardziej z filmem współgrające byłoby słowo sparaliżowania) to nagle wyskakiwał jakiś śmieszny pajacyk, który no nijak nie przypominał złego człowieka czy wyrachowanego mordercy. Ot sympatyczny przebrany koleś, co to właściwie nie bardzo wie, jak ma się zachować.
Z całym szacunkiem dla wzruszających się na tym filmie czy nie daj Boże bojących się niemiłosiernie, ale większość scen niosła ze sobą ładunek emocjonalny zbliżony do sceny, kiedy to Ridge kocha Brooke, ona go też, ale jakby trochę mniej i nie wie jak mu to powiedzieć. No średnie emocje taka scena wzbudza. Nie porywa, nie ściska w żołądku etc.
Spodziewałam się, że oglądając Piłę czuć się będę jak…
Wyobraź sobie najbardziej obleśną łazienkę z możliwych. Już? I niech nie będzie mała, taka trochę większa. Ot że jakby komuś wpadło do głowy, i trochę się nudził, mógłby się w niej zająć rozbiorem świńskich półtusz.
Dodaj do niej...