Średnia ocena:
Oceń recenzję:
„Niebo i Piekło jest tutaj, za każdą ścianą, za każdym oknem.” Zło jest tutaj, a „...Bóg to dzieciak z mrówczą fermą. On nic nie planuje”. ONI są z nami! Bóg i Szatan. Bawią się ludźmi, jak lalkami. Wszystko w końcu jest przecież tu, na naszej, czy też ICH ziemi. Nie trzeba szukać nigdzie dalej. To ich świat, ale i w tym świecie obowiązują pewne reguły. I nimi zajmuje się on – Constantine.
Constantine (Keanu Reaves), na poły egzorcysta, na poły pogromca, stara się wydobywać mieszańców. Tych, którzy łamią reguły, wybierają niewłaściwe miejsca. Jednak, gdy odnajduje się włócznia przeznaczenia, coś się zmienia. Nie tylko w powietrzu czuć nadpływające zło. Równowaga może zostać zachwiana, a na to Constantine nie może pozwolić. Nie dlatego, że wierzy w niebo, nie dlatego, że za kolejny dobry uczynek może ktoś uchyli jego błędy przeszłości, ale dlatego, że pojawia się ona... policjantka. Staje się jego partnerem, gdyż posiada moc. Ukrytą, która nagle postanawia się wyrwać na zewnątrz wraz z samobójczą śmiercią jej siostry bliźniaczki. Przyjdzie im obydwojgu zawalczyć o dusze. Dusze całej ludzkości. Jemu, który robi to od wielu lat, i jej, pełnej wyrzutów sumienia. Widzącej jak siostra, czującej jak Constantine, ale będącej też kluczem do wyjaśnienia całej historii. Kluczem, który musi wybrać stronę, po której stanie.
Reaves gra doskonale. Przedstawia pogromcę – egzorcystę. Człowieka bez człowieczeństwa. Samobójcę, który jednak nie kupi sobie biletu do nieba swymi dobrymi uczynkami. Jest idealnie bezbarwny, choć czasem dziwnie szary. Nie ma w nim strachu, nie ma współczucia, aż w końcu nie ma i bólu. Ale jest, gdzieś tam w głębi, poczucie miłości, uczucie czy też pragnienie.
Przyznajemy się, iż obydwoje nie obejrzeliśmy do końca „Egzorcysty”. Ja nie wytrzymałam nawet początku, Kowalski wymiękł w połowie. Pewnie, że byliśmy dziećmi, ale nawet dzisiaj byśmy nie wytrzymali.
Ten film, ja nadal obejrzałam spod koca...
Marzena i Tomasz Kowalscy