Brak średniej oceny.
Oceń recenzję:
Niedawna re-premiera w 3D dowodzi, że legenda „Króla Lwa” jest jeszcze bardzo młoda i, co ważniejsze, wciąż żywa. Dość powiedzieć, że w sam tylko weekend otwarcia w Stanach animacja Disneya dorzuciła do swej dotychczasowej puli z 1994 blisko 30 milionów dolarów – więcej niż trzy pozostałe premiery tego weekendu razem wzięte.
Dlaczego wciąż chcemy oglądać „Króla Lwa”? Z dzisiejszej perspektywy, gdy rynek kina animowanego zdominowały mądre, zaawansowane technologiczne bajki ze studia Pixar, historia osieroconego Simby może wydawać się nieco prymitywna – tak w treści, jak i formie. Dwuwymiarowa, ręcznie tworzona animacja i niewychodząca poza schemat inicjacyjnej przypowieści fabuła są dziś podwójnie staroświeckie – z jednej strony ów specyficzny dla Disneya trend realizatorski wygasł z końcem lat dziewięćdziesiątych, z drugiej – zapoczątkowany został w trzydziestych. Film Roba Minkoffa i Rogera Allersa nie oferuje na tym polu absolutnie żadnej innowacji – mógł powstać tak przed wojną, jak i piętnaście lat temu.
Ale to właśnie swoista nostalgia jest kluczem do zrozumienia ponadczasowego sukcesu „Króla Lwa”. Już w dniu swojej właściwej premiery był to film zaskakująco niedzisiejszy, zatopiony w zamierzchłych, dumnych przykazach realizatorskich, niespodziewanie wyrywający się dobrze prosperującemu trendowi „ludzkich” animacji („Mała Syrenka”, „Aladyn” czy „Piękna i Bestia”) na rzecz przykurzonej nieco, „zwierzęcej” klasyki spod znaku nieśmiertelnego „Bambiego”. Dziś, gdy film wraca na duże ekrany po 17 latach, historia zatacza swoiste koło. Pokolenie, które płakało po Mufasie pod okiem rodziców, dziś odwiedza kino z własnymi pociechami.
Ale „Król Lew” to nie tylko żerowanie na prostym, familijnym sentymencie. Animacja Minkoffa i Allersa to także spory sukces artystyczny, być może największy od czasu klasycznych dokonań Disneya z lat 30.
Ot, choćby zachwycający afrykański folklor (od plemiennych zaśpiewów, po plastyczne piękno rozrysowanych sawann) nie jest tu tylko estetycznym dodatkiem, a – podobnie, jak impresyjne tła Ty Wonga w „Bambim” – wizjonerskim, pochłaniającym dopełnieniem całości. Z klasykiem sprzed 70 lat łączy „Króla Lwa” coś jeszcze – świadomość pewnej powtarzalności, nienaruszalnego cyklu przyrody, życia w ogóle. To niesamowite: obdarty ze współczesności koncept zemsty syna na zabójcy ojca ma siłę antycznej tragedii. Z tą różnicą, że tu wszystko zaczyna się od narodzin i narodzinami się kończy.
O wydaniu blu-ray
Na polski rynek trafia niestety okrojona wersja amerykańskiej „Diamentowej Edycji” (choć nazwa została zachowana). Nie znajdziecie tu m.in. komentarza twórców i dostępu do Wirtualnego Skarbca, w którym umieszczono dodatki dostępne w dotychczasowej, dwupłytowej edycji dvd.
Co zatem jest w polskim wydaniu? Przede wszystkim oryginalne parametry zachodniego wydania, czyli dźwięk w formacie 7.1 DEHT-HD i obraz panoramiczny 1080p.
Na płycie znalazło się też miejsce dla kilku, szczęśliwie – kluczowych, dodatków z amerykańskiego wydania. Najcenniejszym jest dokument Sukces Króla Lwa (38:06), który skupia się na zarówno na czynnikach, które wniosły film na szczyt, jak i na jego bogatej spuściźnie. Materiał warto obejrzeć dla samych tylko wstawek z wystawianej na Broadwayu wersji scenicznej „Króla…” w reżyserii Julie Taymor, a są tu przecież także arcyciekawe wypowiedzi Nathana Lane’a, Matthew Brodericka czy Hansa Zimmera. Drugim ciekawym materiałem jest reportaż Wspomnienia producenta Dona Hahna (19:40), w których powraca on do samego początku swojej przygody z kultowym dziś filmem. Na deser pozostaje klasyczny zestaw wpadek i gagów (3:44).
Na tym niestety koniec. Jeśli chcecie bliżej zaznajomić się z kulisami powstawania „Króla Lwa”, polecam dotychczasowe, wydane bodajże jeszcze przez Imperial dwupłytowe wydanie dvd. Znajdują się tam przeszło dwie godziny materiałów wideo.
Warto dodać, że nakładem CD Projekt „Król…” ukazuje się jednocześnie w wersji blu-ray 3D oraz dvd. Do sklepów trafiły też dwie kontynuacje.
Piotr Pluciński