Średnia ocena:
Oceń recenzję:
Patrząc na okładkę filmu „Masz na imię Justine” spodziewałem się historii trudnej, lecz poruszającej ważne tematy. Przedstawienie głównej bohaterki stojącej na krawędzi parapetu jest dwuznaczne. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że próbuje uciec, jednak po zgłębieniu treści filmu, bardziej myślała o skróceniu swojego żywota i cierpienia, przez sytuację w jakiej przyszło się jej znaleźć.
Reżyserem obrazu jest absolwent łódzkiej szkoły filmowej, pochodzący z Ameryki Południowej, Franco de Pena. Wenezuelczyk, na stałe mieszkający w Polsce, w swoim filmie poruszył temat haniebnego procederu handlu żywym towarem, z którym dotychczas nikt nie może sobie poradzić.
Odtwórczyni głównej roli, młoda i utalentowana Anna Cieślak, swoją kreacją zachwyciła krytyków. W 2005 roku na Gdyńskim Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych otrzymała nagrodę za najlepszy debiut aktorski. Włożyła wiele pracy w graną przez siebie postać Marioli, wykazując się profesjonalizmem, jak na swój mało pokaźny dorobek filmowy.
Dramat de Peny rozpoczyna się jak większość filmów obyczajowych, ukazujących życie na prowincji i marzenia jej mieszkańców. Mariola wychowuje się za babcią. Codziennie myśli o lepszym życiu, gdzieś z dala od małego miasteczka. Jej chłopak, Artur (Rafał Maćkowiak) – dawny kolega ze szkolnej ławy, na stałe mieszka w Niemczech. Pewnego dnia proponuje dziewczynie krótkie, lecz niezapomniane wakacje. Mariola, żądna poznania świata, bez zastanowienia korzysta z zaproszenia.
Podczas podróży para zatrzymuje się na jedną noc w Berlinie, u koleżanki Artura, Nadenki skromnej Jugosłowianki, samotnie wychowującej malutkie dziecko. Noc w stolicy zachodniego państwa, dla Marioli okaże się być ostatnią…
Łukasz Grudzień