Średnia ocena:
Oceń recenzję:
"Droga" Cormaca McCarthy'ego to niewdzięczny materiał na film. Nie tylko dlatego, że to powieść napisana niezwykłym, oszczędnym, ale przy tym bardzo poetyckim językiem. Jak na historię postapokaliptyczną bardzo niewiele się tu dzieje. McCarthy pozbawił swoje dzieło pościgów, efektownych scen akcji i monumentalnych obrazków upadającej cywilizacji. Pozostawił tylko prostą historię o ojcu i synu podróżujących przez zrujnowany świat. Dlatego wieści o ekranizacji budziły niepokój. Obawiano się, że oryginalna wizja pisarza zostanie zgwałcona przez rządnych zysków hollywoodzkich producentów. Niepokoje podniecały także bardzo nieudane zwiastuny, zapowiadające coś pomiędzy tanim melodramatem, a kinem akcji w stylu "Mad Maksa". Na szczęście okazuje się, że były to lęki na wyrost, a John Hillcoat poradził sobie z zadaniem bardzo dobrze.
Nie wierzcie gwiazdorskiej obsadzie, którą chwalą się producenci. Ten film oparty jest na dwóch tylko aktorach. I choć w tle rzeczywiście przemykają takie gwiazdy jak Robert Duvall, Charlize Theron i Guy Pearce, to Hillcoat nie dałby sobie rady, gdyby wyzwaniu nie podołali Viggo Mortensena i młodziutki Kodi Smit-McPhee. Przez większość czasu na ekranie widzimy tylko tę dwójkę. Ojca i syna. Przemierzających zniszczone, pokryte brudem, popiołem i kurzem Stany Zjednoczone. Ukrywających się przed bandytami i ludożercami, przemoczonych, zlęknionych, samotnych. Pozostawionych tylko sobie. Gdyby w ich grę wdarł się fałsz, gdyby widz przez moment zwątpił w ich strach i determinację, film straciłby bardzo wiele ze swego dramatyzmu. Na szczęście obaj poradzili sobie wyśmienicie.
Grana przez nich para, to jakby ostatni prawdziwi ludzie na świecie. Poza nimi nie ma już życia. Apokalipsa była totalna. Nie przetrwały rośliny, ani zwierzęta. Niemal nie przetrwali też ludzie. Ci zaś, którzy przeżyli odmówili życia w piekle lub całkiem zatracili człowieczeństwo. Stali się bestiami zdolnymi do każdego okrucieństwa. Nawet kanibalizmu. McCarthy wystawia ludzkości okrutną ocenę. Nie pozostawia odbiorcy zbyt wiele nadziei. Zachowujący się godnie bohaterowie są wyjątkowi. Wciąż muszą uciekać i kryć się. Na porządku dziennym jest bestialstwo i okrucieństwo. Nikomu nie można ufać.
Jest zarówno w książce, jak i w filmie, scena naprawdę przerażająca, sięgająca do naszych najbardziej pierwotnych lęków. Schodzący do piwnicy bohaterowie odkrywają, że w rzeczywistości to więzienie i rzeźnia. Przetrzymywani są w niej ludzie. Przerażeni bohaterowie nie próbują ich jednak ratować. Wbrew stereotypom amerykańskiego kina, pozostawiają uwięzionych za sobą, pragną tylko uciec.
A jednocześnie, przy całym tym pesymizmie, jest to opowieść bardzo piękna i niepozbawiona nadziei. W oszczędnych, bardzo surowych dialogach, ojciec wyłuszcza synowi, dlaczego nie mogą się poddać. Tłumaczy, że mimo bezsensu i trudów, życie jest darem, z którego nie mogą zrezygnować. W bardzo prostych, zrozumiałych dla dziecka słowach opowiada o ogniu, który niosą w sobie dobrzy ludzie. Co ciekawe, przesłanie, które w innej opowieści brzmiałoby płytko i trywialnie, tu broni się przed takimi zarzutami. Jest po prostu prawdziwe. W ponurej, pozbawionej nadziei…