Ked Merad, francuski aktor, odtwórca jednego z głównych bohaterów superpopularnej komedii „Jeszcze dalej niż północ” opowiada o filmie i współpracy z Danym Boonem.
Czy przed rozpoczęciem zdjęć znał Pan Dany’ego Boona?
Z widzenia. Spotkaliśmy się parę razy w jakimś studiu telewizyjnym… Widziałem natomiast jego spektakl w Olimpii. Chyba nawet nie wiedział, że jestem na widowni… Dany to artysta, którego podziwiam. To mój kolega po fachu, robimy podobne rzeczy…
Co lubi w nim Pan najbardziej?
Jego wszechstronność. Nie broni się przed burleską, a jednocześnie potrafi wzruszać. Jest muzykiem, dobrze śpiewa… Tak wszechstronny artysta to rzadkość w dzisiejszych czasach. W każdym razie we Francji jest ich niewielu. Jego spektakl w Olimpii zrobił na mnie ogromne wrażenie. To naprawdę wielki artysta. Cieszę się, że mogę być jego kumplem i fanem. To bardzo miłe.
Jak przebiegała Wasza pierwsza rozmowa o filmie „Jeszcze dalej na północ”?
To nie on powiedział mi o filmie. Nie boję się przyznać, że początkowo Dany wcale o mnie nie myślał. Wybrał mnie Richard Pezet z Pathé. Gdy zadzwonił, byłem akurat w Marsylii. Spytał mnie o plany zawodowe na najbliższe tygodnie. To było miesiąc przed rozpoczęciem zdjęć. Odpowiedziałem, że wstępnie zgodziłem się zagrać w pewnym filmie, ale nie podpisałem jeszcze żadnego kontraktu. W tej branży do ostatniej chwili niczego nie możesz być pewien! Wówczas Richard powiedział, że Dany Boon będzie kręcił drugi film. Szybko przysłał mi scenariusz i wtedy dotarło do mnie, że chcą mi zaproponować główną rolę! Czułem, że muszę to natychmiast przeczytać, że nie mogę przepuścić takiej okazji. Przeczytałem i zadzwoniłem do Dany’ego: „Świetna historia. Podoba mi się. Jestem zainteresowany rolą.” Ucieszył go mój entuzjazm. Czułem, że jestem stworzony do tej roli. Spotkaliśmy się, zrobiliśmy próbę czytaną. Dany był zadowolony, uśmiechał się. Myślę, że właśnie wtedy zapadła ostateczna decyzja.
Proszę opowiedzieć o granej przez Pana postaci. Kim jest Philippe Abrams?
To przeciętny Francuz, naczelnik poczty, do szaleństwa zakochany w żonie. Dla mnie ten film to przede wszystkim historia miłosna. Właśnie w imię miłości Abrams dopuszcza się nadużyć i w konsekwencji ląduje na zapadłej Północy. To mógłbym być ja: normalny facet, który wiedzie zwykłe życie i pragnie, by jego żona była szczęśliwa, wciąż chce jej dawać dowody miłości.
Co sprawia, że lubimy tę postać, i wszystkie postaci stworzone przez Dany’ego Boona?
Ich człowieczeństwo! Dany kocha wszystkich swoich bohaterów. To widać. Nawet tych, którzy wydają się mniej sympatyczni. Mówi do widza: „Chodź, opowiem ci historię. To mogłaby być twoja historia. Pośmiejemy się razem”. I to działa.
Zna Pan spektakle Dany’ego Boona. A czy widział Pan jego pierwszy film?
Widziałem, jak powstawał. Ale nie chciałem opierać się o to, co Dany zrobił wcześniej. Przeczytałem dobry scenariusz i…