Rozmowa o zaradnych kobietach, mężczyznach z defektami, którym daleko do agenta 007, o tym, czy książka może zastąpić psychoterapeutę, i o serialu z Joanną Brodzik w roli głównej, który powstaje na podstawie jej powieści "Dom nad rozlewiskiem" - z Małgorzatą Kalicińską, pisarką, której książki biją rekordy popularności.
Zaczęła Pani pisać późno, bo dopiero około pięćdziesiątki.
Rzeczywiście zaczęłam pisać dość późno. Zrobiłam to dla Małgosi Kalicińskiej, która potrzebowała takiej książki. Była to książka pisana na indywidualne, moje własne zamówienie - dla samoukojenia, samouspokojenia.
Do kogo obecnie kieruje Pani swoje słowa?
Do mojego alter ego, czyli jest to dziewczyna około pięćdziesiątki. Właściwie jest takie przepiękne określenie, jakie dostałam w prezencie od dziewczyn z Bydgoszczy: "dziewczyna plus minus czterdzieści" (śmiech).
Czytałam komentarze do wpisów na Pani blogu i nicki czytelników, na przykład "łucja61", zdają się świadczyć, że trafiła Pani właśnie do takich odbiorców.
Pisują do mnie panny nawet dwudziestoletnie i bardzo leciwe starsze panie. Rozrzut wieku jest bardzo duży, rozstaw sympatii też, dlatego że wśród dwudziestolatek są zaciekłe antagonistki i osoby, które stroją strasznego focha na "Dom nad rozlewiskiem", i wolno im. Każdy ma swoje gusty. Są też mocno starsze panie, które z obrzydzeniem mówią, że to jest okropna książka, bo tam są wulgaryzmy. Ale też, jak powiedziałam, są bardzo młode damy, które lubią tę lekturę, a moja chyba najstarsza czytelniczka jest po dziewięćdziesiątce.
Sympatia których czytelniczek bardziej Panią motywuje do dalszej pracy?
Przepraszam was strasznie, dziewczyny, za to, co teraz powiem. Kocham was wszystkie, moje czytelniczki, i przytulam do piersi, ale ogromną frajdę sprawiają mi panowie, którzy przyznają się do tego, że czytają "Dom nad rozlewiskiem", że coś im ten dom w duszy zdziałał dobrego. Jeden ze stosunkowo młodych facetów, którzy w ogóle nie czytują takich książek, pan, który przeczytał tę pozycję z powodów zawodowych, powiedział mi: "Wiesz, Małgośka, nie jest to może moja ulubiona lektura, ale ile się z niej o was, kobietach, dowiedziałem!".
Czyli można powiedzieć, że jest to dla mężczyzn źródło wiedzy o kobietach...
Dla tych, co chcą wiedzieć, być może tak (śmiech), choć oczywiście nie ma tam portretu zbiorowej Polki, tylko kilka portretów różnych Polek.
Pozostając w tematyce panów, skoro wspomniała Pani o czytelnikach płci brzydkiej, wydaje się, że mężczyźni z Pani powieści są raczej słabi i trochę toksyczni. Skąd taki wzorzec ułomnego bohatera?
Ja nie napisałam powieści o agencie 007, nie napisałam też na przykład pierwowzoru dla serialu "Bonanza" czy "Czterej pancerni" o bardzo dzielnych, pięknych i mądrych facetach. Ja opisałam świat kobiecy, a jeśli chodzi o mężczyzn, to powiem tak, że fantastycznie silni, wspaniali, piękni mężczyźni znakomicie wpisują się w taki tok powieści political fiction, powieści wojennych, przygodowych, science fiction. To są bohaterowie. Natomiast nasi zwykli faceci, z którymi jesteśmy w życiu, na ogół właśnie mają jakiś drobny uszczerbek, zwykle nie są stuprocentowo fantastyczni i wspaniali z takiego punktu widzenia, o którym my tu teraz mówimy. Zazwyczaj mają oni jakiś defekt: jeden się jąka, drugi pije, trzeci trochę w życiu nawywijał, a czwarty jeszcze coś tam. Ale mimo wszystko to są nasi faceci, których kochamy na maksa, i myślę, że gdyby się każda z pań czytelniczek rozejrzała wokół siebie i popatrzyła na swojego męża, ojca, brata, toby stwierdziła właśnie dokładnie to samo. Jeden ma nawis inflacyjny z przodu od piwa, drugi ma ubytek w uzębieniu, trzeci jest łysy, a czwarty niewiele w życiu zdziałał, ale ich kochamy.
Zatem Pani książki są bardziej rodzajem wyrażenia rzeczywistości niż fikcją...
...niż modelu. Ja chyba jednak nie narysowałam, jeśli chodzi o kobiety, zgrupowania lalek Barbie ze swoimi Kenami. Są to też dziewczyny, które mają problemy z nadwagą, kłopoty z własnym życiem i szukają jakiegoś porządku w tym życiu. Tak samo jest z chłopakami.