Artur Szklarczyk, magazyn filmowy Movie
Mannowi odświeżenie legendy Dillingera udało się to o tyle łatwo, że do tej roli zatrudnił Johny’ego Depta, aktora nie tylko bezdyskusyjnie znakomitego, a w dodatku kojarzącego się raczej z subtelnością niż agresją. Nie wiem tylko, czy filmowi Manna pomagają zdjęcia Dante Spinottiego, które kręci kamerą cyfrową „z ręki”, niczym w telewizyjnym reportażu. W konwencji kina nor już chyba lepiej sprawdzają się ciepłe, plastyczne kadry jak choćby te autorstwa Tonino Delli Colli z „Dawno temu w Ameryce”.
Andrzej Zwaniecki, magazyn Film
Wobec braku historycznego kontekstu(np. nie ma żadnych oznak Wielkiego Kryzysu) i stosownych odniesień, znaczenia niektórych scen trzeba się domyślać. Film ugina się pod ciężarem ambicji – chce być ewokacją legendy bandyty znanego z brawurowych wyczynów; obrazem podporządkowywania amerykańskiego indywidualizmu wymaganiom sprawnej organizacji korporacyjnej oraz historią miłosną. Ale Mann nie panuje w pełni nad tymi ambicjami i nie potrafi związać różnych wątków w spójną, muskularną narrację.