Andrzej Wajda wciąż zaskakuje i zachwyca swoim kunsztem reżyserskim. Jego najnowszy film "Tatarak" również nie przeszedł bez echa. Ledwie ukończono realizację tego projektu, a już został nagrodzony na Festiwalu w Berlinie. Jednak mimo bogatego dorobku artystycznego, reżyser przyznaje, że w życiu najważniejsza jest przyjaźń.
Panie Andrzeju, również tym razem nie opuścił Pan festiwalu w Berlinie bez wyróżnienia. Czy kolejne nagrody cieszą równie mocno jak pierwsza?
Nagroda jest zawsze wyrazem, że ktoś czekał na dany film, że chce go obejrzeć. A to nie jest bez znaczenia. Pierwsze nagrody torowały mi drogę do światowego kina i do możliwości, które potem się przede mną otworzyły. Dzisiaj nie mają już takiego znaczenia, ale wciąż niezmiernie miło jest je otrzymywać.
Film "Tatarak" został nagrodzony za innowacyjność i wyznaczanie nowych torów filmowych aexequo z debiutantem z Urugwaju...
I to mnie szczególnie ujęło! Byłem zaskoczony tym wyróżnieniem. Nie spodziewałem się, że reżyser w moim wieku może startować w konkurencji, która jest zwrócona do młodych reżyserów, wkraczających dopiero do kina. Rozumiem, jak to jest dla nich ważne, bo sam tego niegdyś doświadczyłem.
Jak Pan rozumie tę innowacyjność w filmie?
Pojawia się obecnie pewna tendencja, której przykładem jest także "Tatarak", że łączy się fikcję filmową z materiałem dokumentalnym. I widz chyba nie jest obecnie zdziwiony takim połączeniem, ponieważ coraz częściej ma okazję oglądać nie tylko sam film, ale i making offy. Wie, w jakich realiach powstawała dana produkcja i jacy ludzie ją tworzyli.
W "Tataraku" poszliśmy krok dalej. Krystyna Janda stworzyła sytuację, w której zdecydowała się na pewne wyznanie. Gdyby nie nasza współpraca wcześniej, pewnie nie odważyłbym się tego wyznania przyjąć. Z pomocą przyszedł operator Paweł Edelman, który znalazł odpowiednią formę, w której jest ono najbardziej taktowne i filmowe. Niemniej wymagało to odwagi.
Dlaczego w takim razie zdecydował się Pan na taki krok?
Powiem szczerze, że gdybym był młodszym reżyserem, pewnie nie uczyniłbym tego, nie miałbym śmiałości. Na starość jest łatwiej, bo różne rzeczy się już w życiu widziało. Zawsze mnie ciekawiło, to zresztą temat odwieczny, jak to jest z tymi aktorami... Przecież oni też są ludźmi, którzy mają swoje przeżycia, przychodzą na plan ze swoimi problemami, a potem grają jakieś role, które wcale nie są adekwatne do ich uczuć.
Zapamiętałem pewien fragment piosenki: "Uśmiech na twarzy, choć w sercu ból, to najtrudniejsza z życiowych ról". Choć to banalne słowa, jest w nich głębia. Przez tyle lat robienia filmów spotkałem się z wieloma bolesnymi sytuacjami aktorów, którzy mimo tego bólu, zdecydowali się wejść na scenę i wcielić w rolę, która wcale nie była im po drodze. Pomyślałem, że może to powinno pojawić się w filmie, że Krystyna chce opowiedzieć o swych uczuciach przed moją kamerą.
Krystyna Janda powiedziała, że decydując się na to wyznanie, zaufała Panu najbardziej spośród wszystkich reżyserów, których zna. To dla Pana była też wielka odpowiedzialność, by nie zawieść tego zaufania...
Gdyby po obejrzeniu materiałów Krystyna powiedziała: "Nie, jednak nie chcę tego widzieć", uszanowałbym to. Cały czas się z tym liczyłem i brałem pod uwagę fakt, że być może trzeba będzie zakończyć film w inny sposób.