Ostatnio aż huczało w mediach i prasie na temat Jana Nowickiego. Powody były dwa: premiera filmu Jacka Bławuta "Jeszcze nie wieczór", za rolę w którym Nowicki otrzymał wcześniej główną nagrodę aktorską na festiwalu filmowym w Gdyni i ślub z Małgorzatą Potocką.
Oba te wydarzenia zbiegły się w czasie. Ślub, nazwany przez Nowickiego odwleczonym spotkaniem, miał miejsce w rodzinnym Kowalu na Kujawach. Tym samym aktor w wieku 70. lat przestał być kawalerem. Lecz miłość, jak mówi, miesza kalendarze.
Powiedział Pan kiedyś, że gdy się przeczyta piękną książkę lub obejrzy dobry film to tak jakby się pocałowało po raz pierwszy kobietę. Czy po obejrzeniu filmu "Jeszcze nie wieczór" miał Pan takie uczucie?
Tak, jakbym pocałował dojrzałą kobietę. W końcu film opowiada o mieszkańcach Domu Aktora Weterana w Skolimowie. Dodałbym jeszcze i to, że jak się przeczyta piękną książkę ma się wrażenie, że się ją samemu napisało. Po napisaniu dzieła autor odchodzi w cień. Taka jego rola. W momencie, kiedy książka jest gotowa, nie ma już autora - są tylko litery i wyobraźnia czytelnika, który na dobrą sprawę pisze książkę od nowa. Dlatego czytanie jest zajęciem niezwykle twórczym. Czytanie to bez mała fruwanie. Dostojewskiego mogę czytać na okrągło. Podobnie jest z filmami. "Przełamując fale", "Okruchy dnia", "Ojciec chrzestny" to filmy, które kocham, i do których wracam.
Cykliczne czytanie Dostojewskiego nie nudzi...
Nie! Jak będziesz starsza zauważysz, że ta sama "Anna Karenina", którą przeczytasz w wieku 18. lat będzie się różniła od tej, którą przeczytasz w wieku 40. i 50. lat. Będziesz czytała inną książkę. Moja ostatnia lektura "Anny Kareniny", sprzed 5. lat, wiązała się z wrażeniem, że czytam książkę satyryczną, w której wszyscy, łącznie z Anną, są potworami. Nie wolno mieć biegunki lekturowej i czytać wszystkiego. To bez sensu! Czytanie wszystkiego co popadnie przypomina mężczyznę, który kocha wszystkie kobiety. Taki mężczyzna to królik. I tu muszę przyznać, że wiele lat za takiego królika mnie uznawano...
Hmm? Porozmawiajmy w takim razie o zwierzętach. Czarny pudel, który partneruje Panu w filmie, i o którego talencie aktorskim jest Pan jak najgorszego zdania, nazywając go kretynem, to potomek pudla grającego w "Fauście" Jerzego Jarockiego. A czy Pan w ciemnych okularach na nosie nie cytował samego Jarockiego?
Nie, choć z Jarockim łączą mnie bardzo serdeczne i bogate w wydarzenia związki. Zrobiliśmy razem "Tango" Mrożka i "Proces" Kafki. Mogę powiedzieć, że Jerzy Jarocki to reżyser, który mnie ukształtował. Zresztą nie tylko mnie, bo i całe pokolenie aktorów Starego Teatru. Wajda przyszedł na gotowe, ponieważ Jarocki wcześniej nauczył nas zawodu.
"Jeszcze nie wieczór" przypomina mi trochę "Sanatorium pod klepsydrą" i "Lot nad kukułczym gniazdem"...
Oczywiście, analogie są duże. McMurphy wyprowadza pensjonariuszy zakładu psychiatrycznego na jacht. Jerzy zabiera staruszków do więzienia, gdzie wystawiają "Fausta". Oby jak najwięcej takich Jerzych, którzy prowadzą ludzi tam gdzie jest pięknie i coś się dzieje. Nie muszą to być starzy ludzie, mogą być dzieci, czy samotne psy z azylu. Tacy liderzy pomagają innym żyć.