Średnia ocena:
Oceń recenzję:
Powrót Sandry Bullock do komedii romantycznej jest równie zatrważający, co jej przemowa podczas tegorocznej ceremonii wręczania Złotych Malin. Aktorka pojawiła się na scenie z trzystoma kopiami filmu i poprosiła zgromadzonych na sali uczestników o ponowne jego obejrzenie. Jeśli publiczność zmieni zdanie odnośnie jej roli, Bullock za rok... postawi wszystkim drinka.
Trudno chyba wyobrazić sobie, by jej bohaterka z "Wszystko o Stevenie" mogła w podobnej sytuacji zrobić coś innego. Bullock gra Mary, rozhisteryzowaną ekscentryczkę o umyśle 12-latki, która pod wpływem miłosnego impulsu sprzedaje swojemu pracodawcy przedziwną krzyżówkę. Wszystkie jej hasła dotyczą niejakiego Steve'a, którego Mary poznała zeszłego wieczoru... Dla niej oznacza to koniec kariery szaradzistki w lokalnej gazecie, dla niego - początek prawdziwych kłopotów. Od tego momentu Mary, kierowana bliżej nieuzasadnionym przekonaniem, że to właśnie Steve jest jej życiowym wybrankiem, będzie go prześladować na każdym niemal kroku.
Mary to postać niezwykła - z jednej strony prawdziwy omnibus ze zdolnością encyklopedycznego wręcz porządkowania otaczającego ją świata, z drugiej niedorosła trzpiotka o małym rozumku. Mary ma 40 lat, mieszka z rodzicami, mówi nieskładnie, jest wiecznie rozkojarzona, nie dopuszcza do świadomości tego co niewygodne, a najbardziej ze wszystkiego uwielbia swoje krwisto czerwone kalosze. Gdybyśmy spotkali ją w rzeczywistości, diagnoza byłaby bezlitosna - oto osoba z lekkim upośledzeniem umysłowym. Bullock, oddając się dziarskim harcom i niekontrolowanej histerii, zdaje się tego nie wiedzieć. Dlatego wyśmiewanie jej poczynań jest równie stosowne, co czerpanie radości z epizodu Krzysztofa Kononowicza w niesławnym już "Ciachu".
Pół biedy, gdyby faktycznie było się z czego śmiać. Wtedy autorom tego dyskusyjnego przeboju można by przypisać brak wyczucia, a nam pozostałby przynajmniej jakiś dylemat. Ale nie! Pełnometrażowy debiut Phila Trailla spełnia wszelkie wymogi, by stać się najbardziej nieśmieszną komedią roku: męczy, dręczy i poniewiera do tego stopnia, że towarzyszące całości współczucie (Sandrze, tytułowemu Steve'owi, nam samym) staje się jedynym bodźcem motywującym do pozostania w kinowym fotelu. A to, wbrew pozorom, nie lada wyczyn!