Średnia ocena:
Oceń recenzję:
"Portret Doriana Graya" Oscara Wilde'a to, obok "Frankensteina", "Doktora Jekylla i pana Hyde'a" oraz "Draculi", najbardziej ikoniczny objaw XIX-wiecznej literatury grozy. Różnicę w dzisiejszej jej popularności wyznacza dopiero ilość hollywoodzkich ekranizacji, która w przypadku historii młodocianego Doriana jest zaskakująco niewielka.
Wersja nakręcona przed rokiem przez Olivera Parkera to bodajże druga godna uwagi ekranizacja tej, nomen omen, niestarzejącej się powieści, choć potencjał marketingowy jest przecież olbrzymi. Piękniś pozostający na pierwszym planie, nieustanny seks i przemoc, malowana gotyckim pędzlem groza... Aż dziw, że ponad 100 lat po jego powstaniu, "Portret..." wciąż nie jest jeszcze dziełem doszczętnie wyeksploatowanym.
Film Parkera do poprawienia tego stanu rzeczy raczej się nie przyczyni, ale z literackiego oryginału czerpie w sposób rzetelny i przekonujący, skutecznie uzupełniając braki jakie w ostatnich latach powstały w hollywoodzkim horrorze kostiumowym. To historia o bogatym zapleczu narracyjnym, przeciwstawiająca klasycznie pojmowaną grozę psychologicznym niuansom.
Tytułowy Dorian, piękny i młody dziedzic fortuny, ma duszę czarną jak smoła. Rychło wpada w wir towarzyskich występków - zdobywając zaufanie nowo poznanych arystokratów, dzieli swój czas pomiędzy próżne gesty, cielesne uciechy i nikczemne knowania. Przyczynkiem do jego postępowania staje się wspaniały portret Doriana, namalowany przez jego przyjaciela, Basila. Od tej pory perfekcyjne dzieło pochłaniać będzie wszelkie grzechy zepsutego bogacza, gwarantując mu tym samym wieczną młodość.
Parker nie miesza w fabule powieści Wilde'a, ale śmiało uwspółcześniając jej założenia zaprzepaszcza szereg niedomówień, które po części zadecydowały o jej sukcesie. Domniemany wątek gejowski staje się postępującą oczywistością, podobnie zresztą seksualne orgie urządzane w bogatych komnatach. Co na kartach powieści było ledwie sugestią, spływa z ekranu w bezpośredniej interpretacji.
Szkoda, bo jakością definiującą "Doriana Graya" staje się tu, obok nieźle rozpisanych, żywiołowych dialogów, także zbiór niepotrzebnych ostentacji, których przy odrobinie inwencji dałoby się uniknąć. Można oczywiście odczytywać film Parkera jako twór śmiały i współczesny, żywo kontrastujący z najsłynniejszą z dotychczasowych ekranizacji, tą powstałą w roku 1945, grzeczną i ugładzoną, ale jest to śmiałość zuchwała i brawurowa, banalna.
Szczęśliwie, Parker zachowuje równowagę pomiędzy treścią, a populistyczno-gatunkowymi zagrywkami. Nie pozwala na przykład dojść do głosu piętrzącej się w podobnych przypowieściach demagogii, odgradza się od przypadkowego plebsu. Tak, Dorian w przeciwieństwie do swojego literackiego pierwowzoru podejmie walkę o zbawienie swej duszy, ale będzie to walka dramatyczna i beznadziejna, z miejsca skazana na porażkę.
Parker nie daje się ponieść oczywistym sposobnościom, by uczynić swą historię pseudo-moralitetem dla mas. Nad całością unosi się nieuchronna zagłada, przykra i zamknięta na komfort sztampowych oczekiwań. To wciąż bardziej próba zdefiniowania ludzkiego zepsucia, niż absurdalna w swym zamierzeniu, a jednocześnie bardzo popularna w kinie, próba nawrócenia zbłąkanych duszyczek; to wciąż bardziej dramat kostiumowy, niż stylizowany horror. Dramat przyzwoity, co jak na motywowane konwencją realia, taką znowu oczywistością nie jest.