










Salt (2010)
"Salt" to warty odnotowania comeback. Do kina akcji powraca Angelina Jolie, która po odnowieniu romansu za sprawą niedawnych "Ściganych", wyraźnie nabrała ochoty, by na ekranie poszaleć jak za dawnych lat, gdy jej filmografię wypełniały kasowe przeboje w stylu "60 sekund" i "Tomb Raidera". Co ciekawe, na jej barkach wraca też Phillip Noyce, już ponad dekadę nieobecny na mapie twórców kasowych blockbusterów, której niegdyś był rozpoznawalnym punktem. Oboje już raz się spotkali, przed 11 laty, na planie "Kolekcjonera kości". Warto odnotować, że kierowały nimi wówczas zupełnie inne niż dziś ambicje. Jolie, świeżo przed Oscarem za "Przerwaną lekcję muzyki" wciąż miała jeszcze do udowodnienia, że nie jest tylko córką Jona Voighta, z kolei Noyce wyraźnie czuł już przesyt kinem gatunkowym, czego dowiódł realizując niedługo później "Spokojnego Amerykanina" i "Polowanie na króliki", dwa kameralne dramaty zamknięte na dotychczasową publiczność. Jak to wygląda dzisiaj? Po dawnych lękach nie został najmniejszy ślad. "Salt" to konfrontacja dwóch świadomych swej renomy marek. Jolie i Noyce rozgrywają z nami udaną partię pokera, a choć mają słabe karty, to niech ich diabli, świetnie blefują! To właśnie oni ratują ten rozpisany przez rzemieślnika o zmiennym szczęściu (Kurt Wimmer obok świetnego "Equilibrium", podpisywał się głównie pod typową sztampą), dość banalny, bazujący na tanich zwrotach akcji scenariusz. Gdy raz reżyser umieszcza swą aktorkę w centrum zamieszania, adrenalina ma zapewniony trwały przepływ. W "Salt" nie ma czasu ani miejsca na zbędne przestoje, bo wszelkie niedoskonałości fabuły skutecznie grzęzną w sensacyjnym jazgocie. Auta spadają z wiaduktów, Angelina skacze po przejeżdżających autostradą tirach, a wokół świszczą kule.



