PiotrPlucinski
13:14, 30 sierpnia 2010
M. Night Shyamalan długo szukał dla siebie odpowiedniego środka wyrazu. Zaczynał od kina familijnego, małpował Spielberga i Hitchcocka, kombinował z gatunkami. Ale wypracowana już przy okazji "Szóstego zmysłu" (czyli 11 lat temu) receptura na zaskakiwanie widza szybko się wyczerpała. Nieprzewidywalny finał stał się przewidywalną oczywistością każdego jego filmu, a patos języka zmiksowany z ponadczasowością idei nie współgrał z ubogim rzemiosłem; więcej - popadł w karykaturę, czego przykrym dowodem są dziś niemiłosiernie nabzdyczone: "Kobieta w błękitnej wodzie" i "Zdarzenie". Ale "Ostatni Władca Wiatru" niesie ze sobą zmianę - Shyamalan znalazł w końcu odpowiednie naczynie.