Średnia ocena:
Oceń recenzję:
Walt Disney był geniuszem. Swoimi niezwykłymi historiami potrafił zaciekawić widza i był gwarantem niepowtarzalnego widowiska, które najczęściej z upływem lat uzyskiwało miano kultowego. Po śmierci Disney’a, jego spadkobiercy starają się dotrzymać mu kroku i trzeba im przyznać, że robią to wręcz perfekcyjnie.
Prekursor i mistrz kina rysunkowego, oprócz bajek wielokrotnie sięgał do familijnych, rodzinnych produkcji. To rozrywka na odpowiednim poziomie, określona trzema słowami: lekki, łatwy i przyjemny. To stwierdzenie idealnie pasuje do najnowszego filmu wyprodukowanego przez disnejowskich czarodziejów, pod tytułem „Stare wygi”.
Większość z was z pewnością nie pamięta „Gangu dzikich wieprzy”, opowiadającego przygody podstarzałych panów, którzy znudzeni szarą codziennością wybierają się w motocyklową podróż bezdrożami Ameryki. Celowo przytoczyłem tytuł tej ciekawej komedii, ponieważ ma ona sporo wspólnego ze „Starymi wygami”. Oprócz osoby jej reżysera Walta Beckera (stworzył min. „Wiecznego studenta”), w głównej roli ponownie spotkamy Johna Travoltę. Jego ekranowym kolegą jest Robin Williams, aktor uniwersalny, czujący się dobrze zarówno w komediach, dramatach jak i sensacjach. Oba te filmy poruszają także trudny dla każdego mężczyzny temat, jakim jest późny okres wieku średniego. Czas ten wiąże się nie tylko z większą ilością zmarszczek. To moment na wielkie zmiany, których konsekwencje wprowadzą spore zamieszanie.
Dwaj biznesmeni Dan i Charlie osiągnęli już niemal wszystko. Droga do sukcesu sprawiła, że zapomnieli o swoim prywatnym życiu. Z czasem zaczęło im czegoś brakować. Pustkę rodzinnego ogniska z pewnością wypełni niespodziewana wizyta. Do miasta przyjeżdża dawna miłość Dana, wraz z dwójką niesfornych bliźniaków. Kobieta uświadamia byłemu kochankowi, że jest ich ojcem i musi się nimi zaopiekować. Świeżo upieczony tata razem z wujkiem Charliem jeszcze zatęsknią za nudnym i pozbawionym zobowiązań życiem.
„Stare wygi” niezaprzeczalnie są komedią, która w założeniu miała charakteryzować się starym, wartym uwagi, stylem. Wytwórnia Disney zawsze trzymała fason i nie wychodziła poza granice dobrego smaku. Ich najnowsza produkcja niemal mieści się w tych konwenansach, chociaż chwilami gubi obrany kierunek. Decydując się na „Stare wygi” nie spodziewajmy się wybitnego kina. To typowy rozrywkowy kąsek dla mas, gdzie podczas jego trwania możemy się odpowiednio zrelaksować. Opatrzony w humor na umiarkowanym poziomie, nie czyni z nas bezmózgich odbiorców. Chociaż historia jest banalna, tym faktem nie trzeba się w ogóle przejmować, bo zabawa i tak jest przednia. Obaj główni aktorzy spisali się wyśmienicie. Współczesne kino familijne zaczyna chyba powoli ewoluować i nabierać innego kształtu, co może nie wszystkim przypaść do gustu. „Stare wygi” to delikatny disnejowski eksperyment, który w świecie filmowym przyjął się dobrze i święci trumfy. Mam nadzieję, że polskiemu widzowi też się spodoba.
Łukasz Grudzień