Średnia ocena:
Oceń recenzję:
Jak na kino zemsty, "Furia" jest przegadana i rozwlekła, co najpewniej wynika z pospiesznej kondensacji obszernego materiału źródłowego. Film Martina Campbella nie jest bowiem produkcją samodzielną, a reinkarnacją popularnego przed laty serialu. Nie powinno więc dziwić, że narracja przechodzi tu z konwencji w konwencję, ale już fakt, że robi to z gracją słonia wprawia w zakłopotanie. Tym bardziej, że Campbell, twórca m.in. dwóch najlepszych Bondów ostatniego dwudziestolecia ("GoldenEye" i "Casino Royale") wydaje się wprawnym rzemieślnikiem, któremu werwy nie brakuje. Ale "Furia", dziwnie ociężała i niejednolita, tego nie potwierdza.
Film ciągnie w dół już powracający przed kamerę Mel Gibson, którego napiętnowana piętrzącymi się ekscesami fizjonomia odzwierciedla kondycję samego filmu. Zmęczony i zaskakująco nieobecny, Australijczyk jest ponurym wspomnieniem swej wielkości z czasów kolejnych "Zabójczych broni", kiedy to uwodził publikę przewrotnym entuzjazmem i, nomen omen, furią zaklętą w nieobliczalnym oku. U Campbella łatwo traci oba te przymioty, plącząc się w meandrach niezdecydowanej fabuły. Jego postać przechodzi co prawda transformację, od żądnego pomsty ojca (jego córka zostaje zabita), przez śledczego na tropie spisku (okazuje się, że dziewczyna była uwikłana w polityczną intrygę), aż po ofiarę mnogich układów (w tej rozgrywce nie jest on jedynym rozdającym), ale sam Gibson na każdym z odcinków wydaje się podobnie niewzruszony.
Po ośmiu latach nieobecności (nie licząc skromnych epizodów z 2003-05), powraca przed kamerę w sposób najgorszy z możliwych, przynajmniej jeśli chodzi o przyswajalność postaci. Upodlony, zmęczony, daleko od należnej mu glorii, goni za zjawami, usiłując dociec kto zabił jego córkę. Thomasowi Cravenowi, jak na glinę, brak typowego dla kina sensacyjnego sprytu i zacietrzewienia, ale nie wydaje się to świadomym zabiegiem mającym na celu urealnienie fabuły. Przez rolę Gibsona przebijają prywatne doświadczenia, które na przestrzeni lat obrosły małżeńskimi zdradami, pijackimi skandalami i skonfliktowaniem z mediami. Tracąc ukochaną córkę już w pierwszych minutach filmu, aktor trafia więc na ścieżkę odkupienia, która jednak nie potrafi mu się przysłużyć.
Sam bohater - materiał na wspaniałą postać konwencji noir, ulega tematycznemu rozgardiaszowi, szybko stając się marionetką na usługach intrygi. Craven robi to czego wymaga od niego dana konwencja, ale szczęśliwie udaje mu się zachować własną osobowość. Jeśli ma rozpaczać, rozpacza. Jeśli ma zabijać, zabija. Podskórnie odczuwamy jednak, że pod względnym opanowaniem drzemie wulkan niezgody. Polski, otwarcie krytykowany przez widzów tytuł (że niby "Furia"?; gdzie ta furia?!) wydaje się więc adekwatny. Oto wzbierający gniew osamotnionego ojca. Gniew, którego ujście nie jest może tak spektakularne, jak w przypadku "Człowieka w ogniu" czy "Harry'ego Browna", ale inne jest tu przecież założenie. Paradoksalnie więc, zatrudnienie do roli wycieńczonego i przygarbionego Gibsona wydaje się przemyślaną castingową decyzją.
Gorzej, że tej dość nieprzypadkowej, intrygującej dychotomii nie towarzyszy bogactwo treści. Wątki szybko rozchodzą się we wszystkie strony i z kameralnego dramatu policyjnego rychło przechodzą w polityczno-konspiratorski dreszczowiec, w którym ponad wszystko liczą się paranoja i bezsilność względem macek wszechobecnej siły zła. Czerpiąc z bogatych założeń brytyjskiego serial sprzed ćwierćwiecza, twórcom "Furii" nie udaje się jednak rozłożyć poszczególnych tematów na tyle swobodnie, by w niespełna dwugodzinnym filmie stanowiły zwartą całość. Sprzyja to niestety ogólnemu bałaganowi (cała galeria niewyraźnych postaci), nudzie (dialogi, z których przynajmniej połowa nie pcha intrygi do przodu) i przewidywalności (konsekwentne obsadzanie Danny'ego Hustona w rolach szwarccharakterów niszczy nie tylko tego znakomitego aktora, ale też filmy z jego udziałem). Jeśli jednak chcecie wiedzieć czego "Furii" brakuje ponad wszystko, włączcie sobie choćby "Godzinę zemsty" Briana Helgelanda. Tam ktoś wiedział jak trzymać fabułę na wodzy, a widza za gębę.