PiotrPlucinski
11:15, 02 sierpnia 2010
Swoboda z jaką Jon Turteltaub łączy konwencję staroświeckiego fantasy ze współczesnym kinem młodzieżowym może przyprawić o zawrót głowy. Nic nie trwa u niego dłużej niż kilka sekund, przyczynowość zdarzeń jawi się banalnymi pretekstami, a wizualne czary atakują z taką częstotliwością, że już po kilkunastu minutach trudno wykrzesać z siebie odrobinę zaangażowania. "Uczeń czarnoksiężnika" to zadyma dla zadymy - filmopodobny fast food, którego przyswajalność jest równie kłopotliwa, co oglądanie bujnej cieniowanej czupryny na głowie Nicolasa Cage.