PiotrPlucinski
14:37, 18 października 2010
Ach, cóż to mógł być za film! Gdyby tylko reżyser miał choć połowę realizatorskiego polotu Zacka Snydera lub adaptacyjnej przenikliwości Matthew Vaughna, "RED" można by ulokować gdzieś pomiędzy "Strażnikami" pierwszego, a "Kick-Ass" drugiego. Tymczasem najbliżej mu chyba do wakacyjnych przebojów pokroju "Salt". Tyleż smakowitych, co ciężkostrawnych. To film jakich wiele. Niby jest z wykopem, niby z jajem, ale brakuje charakteru. I talentu. Szkoda to wielka, bowiem twór Roberta Schwentke, podobnie jak dwaj wspomniani konkurenci, czerpie z dobrodziejstw komiksowego pierwowzoru o demaskatorskich zapędach. Ale scenarzyści, którzy wcześniej zmasakrowali świetną "Zamieć" Grega Rucki, najwyraźniej nie potrafili znaleźć dla śmiałej deprawacji mitu bohatera właściwego zastosowania. Krótka (komiks miał 120 stron) historia emerytowanego zabójcy rozrosła się więc do spisku obejmującego szereg nowych postaci, a motyw niemożności odkupienia win skutecznie rozpłynął się w odmętach pociesznej wybuchowości.