Średnia ocena:
Oceń recenzję:
By oddzielić właściwą ułomność "Amerykanina" od tej powierzchownej, czysto odruchowej, wypada przyjrzeć się definicji filmowej nudy. Ta właściwa, zamierzona, nigdy nie ulega monotonii. Na ekranie zyskuje wymiar epicki, staje się niecierpliwą celebracją najmniejszych gestów, siedliskiem podskórnych emocji. Gdy Alain Delon przesiadywał w swym mieszkaniu w "Samuraju" Jean-Pierre'a Melville'a, jego introwertyczne zawieszenie miało wymiar egzystencjalny; gdy mierzył się ze swoim przeznaczeniem, dokonywał aktu autodestrukcji. Delon stał przed nami jako wytrawny artysta w swym fachu, wojownik, który - jak wskazywał tytuł - jedną miał tylko lukę w swym szczelnym pancerzu - miłość. George Clooney dzieli w "Amerykaninie" jego troski, ale w jednym się różni - jest tyko rzemieślnikiem, brak mu odwagi, by spojrzeć swemu przeznaczeniu w oczy.
Anton Corbijn ma wyraźną ambicję wielkiemu filmowi Melville'a dorównać, ale w swych pokracznych staraniach zachowuje się jak kiepski architekt mierzący się z czyjąś perfekcją - stoi przed nim gotowa konstrukcja, ale gdzieś zapodzialy się plany. A bez nich, jak widać, ani rusz. Film Corbijna nie jest jednak nudny, jak sugerowały będą najpewniej forumowe opinie. Wręcz przeciwnie. Monotonia pełni tu - a raczej ma pełnić - tę samą funkcję, co u Melville'a. Jest żywa, jest zajmująca. O ile jednak francuski mistrz kryminału pustymi przestrzeniami kreślił druzgocące portrety ludzi samotnych, wykluczonych ze społecznego obiegu i zamkniętych na zewnętrzne bodźce, Corbijn daje tylko upust swemu zamiłowaniu do powściągliwej estetyki arthousowej, wyraźnie wyniesionej z wieloletniej pracy przy muzycznych wideoklipach.
"Amerykanin" wypełniony jest więc statycznymi, pocztówkowymi ujęciami, które idealnie wpisałyby się w jedną z wyciszonych ballad Bjork albo The Knife. Oglądamy ośnieżone wierzchołki drzew gdzieś w Skandynawii, zatopiony w żółtej poświacie tunel, labirynt uliczek w małej włoskiej mieścinie. Wszystko to pięknie wykadrowane, ale jednocześnie martwe, nieprawdziwe. Wyjęte z gablotki, w której dawno już skończyło się powietrze. Trudno w skatalogowanych przez Corbijna impresjach doszukać się metaforyki większej niż proste skojarzenie, że oto obcujemy z duszą głównego bohatera - tak pustą i chłodną, że można ją uchwycić z precyzją chirurgicznych cążków. Pierwsze sceny nie pozostawiają wątpliwości - Jack (a może Edward) jest przede wszystkim zawodowcem. Nauczył się eliminować uczucia, zastępując je substytami odpowiednimi na daną chwilę. Jest pusty, wypalony.
Clooney nosi to brzemię z godną pozazdroszczenia dyscypliną. Nie ma w filmie Corbijna chwili, nie ma pojedynczego momentu, kiedy jego udręka nie przyjmuje postaci fizycznej. Aktor stroi zbolałe miny, snuje się malowniczo wyludnionymi uliczkami, cierpi całym sobą. Przed nim droga po odkupienie - droga od początku do końca wykoncypowana, obrana jednak nie z potrzeby serca, a zwykłej próżności. Krzyczy za tym wszystko wokół. Wierny inscenizacyjnym grepsom Corbijn nie wznosi się ponad ich podstawowe znaczenia. Korzysta z banałów (największym są powyjmowane z westernowej konwencji postacie drugoplanowe) i skrótów myślowych, byle tylko całość trzymała się kupy. I trzyma, choć w swym pretekstowym, licealnym wręcz podejściu do zagadnień wyższych, wypada cokolwiek niepoważnie. Aż nie chce się wierzyć, że przeobrażenie głównego bohatera utożsamia tu wytatuowany na jego karku motylek.