


Zainspirowany głośnymi wydarzeniami we Włodowie thriller o zbrodni, która wstrząsnęła polskimi mediami i wymiarem sprawiedliwości. W niewielkiej mazurskiej miejscowości dochodzi do krwawego morderstwa, którego sprawcą może być niemal każdy z okolicznych mieszkańców. Okazuje się, że ofiara - 60-letni recydywista - od lat okrutnie znęcała się nad sąsiadami. Rozpoczyna się śledztwo, w którym na jaw wyjdą skrzętnie ukrywane tajemnice miejscowych.











Marketingowcy nie mieli problemu z wypromowaniem debiutu Krzysztofa Łukaszewicz. Wystarczyło powiązać jego film z tematycznie podobnym „Długiem” Krzysztofa Krauzego, przytoczyć dramatyczną historię, z jaką jest związany i już. Media same zaczęły się prześcigać w porównaniach. Problem w tym, że zainspirowany prawdziwymi wydarzeniami „Lincz” nie ma z jakością ani tym bardziej wymową „Długu” nic wspólnego. Film Łukaszewicza to rzadki w rodzimej kinematografii przykład filmu potrafiącego diametralnie poróżnić swoich odbiorców. Recenzje są w tym przypadku skrajne i taki jest też w większości przypadków odbiór „Linczu”.
Tania sensacja z tabloidu - Grzegorz Kłos









Zanim debiut Krzysztofa Łukaszewicza trafił do kin, w mediach pojawiły się materiały promocyjne, sugerujące, że „Lincz” to kino pokroju głośnego „Długu”. Analogia była prosta – zarówno sprawcy samosądu we Włodowie, jak i Bryliński oraz Sikora dopuścili się zbrodni w obronie koniecznej, nie widząc w akcie rozpaczy innej możliwości, a obie historie są oparte na faktach. Niestety na tym podobieństwa się kończą.

(5)

nie jest to polska komedia romantyczna, więc warto go obejrzeć. są tam jednak dwa minusy: sceny zbyt rozlazłe, trwające za długo, oraz brak konkretnego rozróżnienia która scena jest z okresu przed, a która po linczu - na początku można się pogubić. potem jest już łatwiej. ogólna ocena filmu dobra


