


"Sylwester w Nowym Jorku" to historia kilku par i singli, których ścieżki życiowe przeplatają się w czasie Sylwestra w Nowym Yorku. Garry'emu Marshallowi udało się po raz kolejny zebrać na planie plejadę gwiazd. W filmie występują Robert De Niro, Ashton Kutcher, Halle Berry, Jessica Biel, Michelle Pfeiffer, Sarah Jessica Parker, Hilary Swank, Zac Efron, Sienna Miller, Lea Michele, Sofia Vergara, Abigail Breslin, Til Schweiger, Seth Meyers, Jon Bon Jovi, Josh Duhamel oraz Carla Gugino.


Zakazane przyjemności - Anna Tatarska









Komedia romantyczna z Nowym Jorkiem i (podświetlaną) kulą w tle. W ostatni dzień śnieżnego grudnia, gdy opatulony reklamami Times Square szykuje się na największą noworoczną imprezę, każdy z (rozlicznych) bohaterów staje przed jakimś osobistym wyzwaniem. Geograficznym centrum historii pozostaje powoli zapełniający się ludźmi plac; losy postaci meandrują wokół, niekiedy przeplatając się (w mniej lub bardziej) zaskakujący sposób. Ocenianie filmu “Sylwester w Nowym Jorku” to niezwykle trudne zadanie dla każdego nowojorkofila. Umówmy się: to dzieło nie wywraca życia widza do góry nogami. Posiadający tryliard narracyjnych nitek (by pomieścić wszystkie występujące w nim gwiazdy i gwiazdeczki) scenariusz często nie trzyma się kupy, poszczególne wątki zdają się wypełniać odgórnie wyznaczone wymogi gatunku (klasyczna łyżka miodu na łyżkę dziegciu, czyli: dojrzałość vs. młodość; miłość kontra kariera; troszkę śmieszno troszkę straszno a na jednego noworodka przypada jeden rak) niż wynikać z logicznego myślenia. Aktorstwo bywa tu bardzo udane (Sofia Vergara), bardzo łzawe (Robert DeNiro), bardzo straszne (Jon Bon Jovi) lub bardzo przewidywalne (cała reszta). Ten film to właściwie autoplagiat – a mówiąc oficjalnie, sequel (reżyser wycisnął wszystkie pomysły ze swojej poprzedniej produkcji, filmu „Walentynki”). A jednak, aż wstyd przyznać... to działa.
Zakochany Nowy Jork - Piotr Pluciński









Pytanie za sto punktów: jaki tytuł nosi kontynuacja filmu „Walentynki”? Ano zgadza się, właśnie „Sylwester w Nowym Jorku”. Nakręcony przed niespełna dwoma laty komediodramat z udziałem kilkunastu pierwszoligowych gwiazd okazał się takim sukcesem, że hollywoodzcy producenci chętnie sypnęli groszem na nieformalną kontynuację. Bohaterowie są tu oczywiście inni, ale cała reszta – mozaikowa kompozycja, miłosne perypetie i piętrzące się schematy – pozostały bez zmian. Reżyser Garry Marshall i spółka wyciągnęli niewiele wniosków z poprzedniej odsłony, bo i nie musieli tego robić. Tłumy uderzyły do kas, a że krytyka marudzi, to jej sprawa. Wysiłek włożony w realizację „Sylwestra…” jest tak minimalny, że momentami trudno odróżnić go od pierwowzoru. Z tej okazji, także ja pozwolę sobie na odrobinę nieróbstwa, recenzując film za pomocą zdań, których opisałem półtora roku temu „Walentynki”. Wciąż pasują jak ulał. „Sylwester…” Marshalla jest niczym olbrzymie pudło czekoladek: zróżnicowane nadzienie w głodowych porcjach nie pozwala rozkoszować się żadnym smakiem dłużej niż pięć sekund. Jemy więc i jemy, mieszając marcepan z ajerkoniakiem, toffi z gorzką czekoladą, aż zostaj nam tylko sterta błyszczących sreberek i pierwsze oznaki bólu brzucha.

(2)




Osoby, którym podobał się film "Sylwester w Nowym Jorku", wysoko oceniły także:

