W "Kronice" Josh Trank wciela w życie nastoletnie marzenia większości chłopaków. Kto siedząc w szkolnej ławce na nudnej lekcji matematyki nie marzył o posiadaniu magicznych mocy, które pomogłyby mu nie tylko szybciej rozwiązać zadania, ale też zrobić nauczycielowi głupi psikus, po czym w mgnieniu oka wyfrunąć z klasy i znaleźć się w choćby... w Tybecie?
Pewnej nocy Andrew, Matt i Steve wybierają się na imprezę. Cała szkoła szaleje na terenie opuszczonej farmy w rytm pulsujących bitów i błysków stroboskopu. Zamiast tańczyć, chłopakom zachciewa się zabawić w Indianę Jonesa. Włażą więc do tajemniczej rozpadliny, gdzie znajdują niezdefiniowany świetlisty obiekt... potem spirala wydarzeń nakręca się coraz szybciej. Chłopcy odkrywają w sobie magiczne moce. Na początku jest świetnie i zabawnie, z czasem sytuacja się komplikuje. Gdzie prowadzi ciekawość, wszyscy dobrze wiemy...

W głównych rolach dwudziestosześcioletni reżyser, dla którego
„Kronika” to fabularny debiut, obsadza młodych aktorów, znanych widzom szerzej głównie z seriali telewizyjnych. Dla wszystkich to raczej pierwsze tak duże samodzielne role. Andrew gra Dane DeHaan - Timbo z „Prawdziwej krwi” i Jesse z „Terapii”. Steve to Michael B. Jordan, król futbolowej drużyny Vince Howard z kultowego „Friday Night Lights”. Stosunkowo najmniej znany jest wcielający się w Matta Alex Russel, ale jego wybór świetnie pasuje do obsadowej polityki Tranka. Młodzi aktorzy są swojscy i niezmanierowani, nie ciągną za sobą żadnej prywatnej legendy. Dlatego bardzo wiarygodnie wcielają się w rolę zwyczajnych chłopaków, którym przytrafiła się niezwykła sytuacja. Choć Trank dobiera bohaterów według klasycznego klucza (mamy pseudo-outsidera intelektualistę, wyrzutka-dziwaka i popularnego sportowca) w dialogach ani przez chwilę nie ma wrażenia, że rozmawiają ze sobą reprezentanci danych postaw, a prawdziwe postaci. Bardzo udanym zabiegiem jest ciągła obecność drugiej kamery (Andrew filmuje wszystko, bez przerwy). Podobnie jak w „127 godzinach” daje to widzowi drugi, bliższy subiektywnemu punkt widzenia, dynamizując narrację.
To naprawdę fajny (przymiotnik użyty świadomie!) film, jego duch trochę przywodzi na myśl popularne tytuły z lat 80., które śmiało łączyły akcję z fantazją, a czasami lekką domieszką sci-fi. W
„Poszukiwaczach zaginionej Arki”,
„Powrocie do przyszłości” czy
„Goonies” staromodny „duch przygody” często bywał ilustracją pewnego światopoglądu i systemu wartości. Dla bohaterów był kluczowy, a dla filmowców jego ukazanie ważniejsze niż efektowne choreografie scen walki czy podrasowane w postprodukcji spektakularne wybuchy. Choć pełen efektownych wygenerowanych komputerowo scen (mamy m.in. latanie, akrobacje, telekinezę i eksplozje), film Tranka jest właśnie taki: z ducha „analogowy”. Moce, przez przypadek nabyte przez bohaterów i ich wpływ na ludzkie życia, mogą być interpretowane jako metafora. Trank przenosi starą śpiewkę o odrzuconym przez wszystkich chłopcu, który „ma dość i się mści” na troszkę wyższy, bardziej refleksyjny poziom.
„Kronikę” można spokojnie uznać za kontrprzykład dla pustych cukierkowych filmików o przystojnych futbolistach, ładniutkich cheerleaderkach i brzydkich kujonach. Reżyser nie tylko decyduje się w centrum opowieści umieścić outsiderów, ale też de facto czyni z nich bohaterów kina akcji. Jednocześnie pokazuje, jak drastyczną formę wyrazu może przyjąć gniew tłumiony przez lata chętnie komunikowanego przez otoczenie „niepasowania” do przyjętych społecznych schematów. Gdzieś między wierszami film Tranka w bardzo aktualny i przyswajalny sposób mówi o społecznych dysfunkcjach i narosłych na nich emocjach, które, jeśli nie zostaną uregulowane, mogą prowadzić do sytuacji znanej m.in. z Columbine High School.
Czas uciąć te egzystencjalne przemyślenia – choć sam fakt, że się pojawiły, o reżyserze świadczy jak najlepiej! To co obecnie nie jest wcale nagminne, a w
„Kronice” Joshowi Trankowi udało się w stu procentach, to zachowanie świeżości i entuzjazmu. Widać, że kręcenie tego filmu musiało być dla wszystkich po prostu ogromną frajdą.