Pamięć traci z czasem na ostrości. W głowie zostają ułamki, skrawki wspomnień, które stapiają się, często tworząc byt nie bardzo podobny do oryginału. We wspomnieniach najchętniej gubią się szczegóły, momenty nieprzyjemne ulegają kosmetycznemu wygładzeniu, a chwile piękne stają się jeszcze piękniejsze. „Mój tydzień z Marylin” jest jak wspomnienie. Pełen ważnych, niezapomnianych wydarzeń, spektakularnych olśnień, niezapomnianych uśmiechów. Lekki jak piórko, i choć melancholijny, to pełen słodyczy. Może troszkę za słodki.

Wcielanie się w ikonę zawsze niesie ze sobą ryzyko, ale
Michelle Williams wychodzi z tej próby zwycięsko. Jej Marilyn jest tak dobra, że aż niemal prawdziwa. Najdrobniejsze gesty, mimika, sposób poruszania się Williams wyglądają tak wiarygodnie, jakby duch Normy Jean przybył z zaświatów i wstąpił w aktorkę. Jest to tym większe osiągnięcie, że poza podobieństwem rysów twarzy Williams i Monroe to dwa osobne światy. Znana z
„Blue Valentine” aktorka nie jest seksowną laleczką, pielęgnuje raczej swój wizerunek gustującej w ciuchach vintage chłopczycy o wysmakowanym filmowym guście. Do roli Marilyn nabrała ciała, jej biodra się rozbujały, a rzęsy zatrzepotały. Williams stała się Monroe i jest to przeobrażenie genialne.
Film osnuty jest na dwóch powieściach Colina Clarka („Mój tydzień z Marylin” i „Książę, aktoreczka i ja”). Obie opowiadają o jego krótkiej, acz bliskiej znajomości z aktorką, która wydarzyła się, gdy ta przyjechała do Wielkiej Brytanii, aby kręcić „Księcia i aktoreczkę” a Clark (
Eddie Redmayne) pracował wówczas na planie jako trzeci asystent reżysera. Choć film opowiedziany jest z jego perspektywy, jest on postacią raczej pretekstową – na jego tle gwiazdy mogą zabłysnąć. Prawdziwym kontrapunktem dla słynnej „aktorki intuicyjnej” (Monroe była pod silnym wpływem Lee Strasberga, grała według Metody, czyli skrajnie utożsamiając się z odtwarzaną postacią) jest bowiem sir Laurence Olivier (wyśmienity
Kenneth Branagh) - mistrz precyzyjnej gry, najbardziej uznany interpretator Szekspira. Napięcie między nimi jest w filmie źródłem komizmu, a jednocześnie pozwala podkreślić charakter Monroe. Na tle nienagannych manier, sztywnego profesjonalizmu i angielskich sarkastycznych żartów uosabiająca amerykański star-system Marilyn przypomina zagubione zwierzątko, które przerażenie próbuje tuszować niefrasobliwością. Doskonały jest – pojawiający się tylko na chwilę –
Dougray Scott, który wciela się w trzeciego męża gwiazdy, pisarza Arthura Millera. Scott gra postać z krwi i kości, a Miller jako jedyny odsłania Marilyn przed widzem prawie całkowicie.

W filmie bardzo wyczuwalny jest brak filmowego doświadczenia reżysera. Portret gwiazdy, jaki kreśli znany dotąd z telewizji reżyser
Simon Curtis jest w istocie dość... telewizyjny z ducha. To raczej pastelowo sfilmowana i uroczo zmontowana kolekcja mitów i legend o najsławniejszej blondynce świata.
Curtis nie wychodzi poza stereotypowe wyobrażenia o ikonicznej seksbombie. W „Moim tygodniu...” Monroe to kobieta-dziecko, uwodzicielka nieświadoma własnego okrucieństwa, skrzywdzona przez życie samotniczka, chorobliwie łaknąca ciągłej akceptacji i uwielbienia depresyjna dusza. Jedząca garściami leki i zapijająca smutki alkoholem niefrasobliwa, nieco stuknięta domorosła filozofka, mało oczytana, ale mądra „mądrością serca”. Taką Marylin znamy, da się ją lubić. Ale szkoda, że
Curtis nie pokusił się, by zajrzeć głębiej w tę piękną głowę pod platynowymi puklami. Monroe, wbrew własnym pragnieniom, pozostaje u niego osobistością, nie staje się osobą.
„Mój tydzień...” ma specyficzną formułę, która albo widza ujmie, albo stanie między nim, a filmem. Z obrazem trudno się zżyć. Jest uroczy, ale nie porusza głębszych strun w duszy widza. To bardziej anegdotka, niż filmowy obraz, zbiór momentów, niż zaplanowany precyzyjnie wnikliwy scenariusz. Momentami naiwny i skrótowy obraz, który, także przez subiektywny punkt widzenia i poza-ekranową narrację, rzeczywiście bardziej przypomina telewizyjną interpretację sennego marzenia młodego chłopaka niż doskonały psychologiczny komediodramat, którym mógłby być.