












Czytałam gdzieś na forum o książce Colina Clarka na podstawie, której był zrobiony film, pisali, że dobra. Czytał ktoś?
Mój tydzień z Marilyn (2011)
Wcielanie się w ikonę zawsze niesie ze sobą ryzyko, ale Michelle Williams wychodzi z tej próby zwycięsko. Jej Marilyn jest tak dobra, że aż niemal prawdziwa. Najdrobniejsze gesty, mimika, sposób poruszania się Williams wyglądają tak wiarygodnie, jakby duch Normy Jean przybył z zaświatów i wstąpił w aktorkę. Jest to tym większe osiągnięcie, że poza podobieństwem rysów twarzy Williams i Monroe to dwa osobne światy. Znana z „Blue Valentine” aktorka nie jest seksowną laleczką, pielęgnuje raczej swój wizerunek gustującej w ciuchach vintage chłopczycy o wysmakowanym filmowym guście. Do roli Marilyn nabrała ciała, jej biodra się rozbujały, a rzęsy zatrzepotały. Williams stała się Monroe i jest to przeobrażenie genialne.



