"Lollipop Monster" to fabularny debiut Ziski Riemann, niezwykle popularnej w Niemczech autorki komiksów. W filmie jej rysunkowe zaplecze widać jak na dłoni. Ma to swoje dobre i złe strony.
Na pierwszy rzut oka to zwyczajna historia o perypetiach dwóch nastolatek. Rodzice Oony - „młodszej wersji Niny Hagen” - zajmują się sztuką, mieszkają w pełnym obrazów lofcie, nie przejmują się gotycką estetyką wyznawaną przez córkę i tym, że pali papierosy. Z kolei dom Ari („taniej podróbki Marylin Monroe”) to przerysowana wersja amerykańskiego domostwa z lat 50., pełna kolorów, gadżecików i słodkich uśmiechów przestrzeń. Pozornie dzieli je wszystko, ale mają też wiele wspólnego. Ich rodziny uosabiają alternatywne wersje patologii (nadopiekuńczość kontra obojętność), a obie nastolatki są outsiderkami, marzącymi o wyrwaniu się z toksycznego środowiska.

Komiksowa proweniencja autorki przejawia się na wielu płaszczyznach. Komunikatywność i rozmach wyszły Riemann na dobre w przypadku scenografii i kostiumów -
"Lollipop Monster" wygląda jak bajecznie kolorowy sklep z cukierkami, w którym jest osobna sekcja dla słodyczolubów-satanistów. Założenie przesady, leżące u podstaw tego projektu krzywdzi jednak postaci. Są nakreślone grubą kreską, karykaturalne – Riemann potraktowała je jak obrazki, które w jednym dymku muszą wyrazić całą prawdę o sobie. Fabułą rządzi zasada radosnego misz-maszu, perypetie Oony i Ari to treściowe pomieszanie programu „Uwaga” z „Niewolnicą Isaurą”. Komiksowy charakter potrafi być dla filmu wygodną konwencją, wzbogacić projekt i uczynić go ciekawszym. Jednak wymaga to konsekwencji oraz świadomości, czemu taki zabieg ma służyć. W tym przypadku „przerysowanie” jest niestety głównym problemem tego w założeniu ambitnego projektu.
Nie do końca jest jasne, do kogo Riemann kierowała swój film. Raczej nie dla dorosłych (wyjdą z kina zmęczeni i ze skonfundowanym wyrazem twarzy), na pewno też nie dla młodszych nastolatków (ze względu na dosadnie podawane sceny seksu i temat seksualności w ogóle). Czasami przez głowę przemyka myśl, że
"Lollipop..." nie jest filmem, a okazją do spróbowania wielu technik (montażowe inspiracje wideoklipem, taśma 16mm, animacja). To rozbuchany kolaż, reżyserskie pole treningowe z fabułą w tle.

W
"Lollipop Monster" wszystkiego jest tak dużo, że w natłoku wydarzeń, konwencji i stylizacji gubi się klarowny przekaz i treść. Dodatkowo niesymetryczne rozprowadzenie nadrealistycznych wątków po fabule zaburza porządek filmu i jest dla widza ciężkostrawne. W obrazie Riemann nie wiadomo, co (jeśli cokolwiek) jest prawdziwe, a co wyobrażone. Co jest na serio, a co tylko zabawą. Czy elementy animacji są wewnątrztekstowym żarcikiem, czy oczkiem puszczanym do widza? Oglądając film, gubimy się w gęstniejącej plątaninie kolejnych pytań, tak mocno, że kluczowa przyjemność seansu zostaje gdzieś w tyle.