Witold Pyrkosz: Zwierzenia seniora polskich seriali
Witold Pyrkosz: Zwierzenia seniora polskich seriali
Ma 83 lata i dwie daty urodzenia. Jego barwny życiorys mógłby posłużyć za scenariusz filmowy, w którym ścierałyby się ze sobą komedia, dramat i sensacja. W swojej długoletniej karierze aktorskiej był już Pyzdrą w "Janosiku", Wichurą w "Czterech pancernych...", Duńczykiem w "Vabanku", Balcerkiem w kultowym serialu "Alternatywy 4".
Dziś "podwójnie urodzonego" Witolda Pyrkosza możemy oglądać w roli Lucjana, nestora rodu Mostowiaków, w serialu "M jak Miłość". Prywatnie Pan Witold z upodobaniem oddaje się urokom życia domowego u boku, tej samej od 45. lat, żony Krystyny. Przyznaje, że to właśnie ona wybrała go sobie na męża.
Lektura Pana książki "Podwójnie urodzony" jest pasjonująca. Wyłania się z niej barwny życiorys człowieka, który życie traktuje vabank. Chyba tylko w przypadku tej nieszczęsnej szkolnej łaciny, o której mowa w książce, poddał się Pan walkowerem...
Panie Profesorze walkowerem! Rzeczywiście łacinę sobie odpuściłem. Inne przedmioty zresztą również. Muszę przyznać, że nieszczególnie przykładałem się do nauki. Byłem urwisem, kombinowałem z kolegami, robiliśmy podejrzane interesy, grałem w karty na pieniądze. Lubiłem ryzykować...
Wciąż tkwi w Panu żyłka ryzyka?
Już nie. Żyję na tym świecie prawie 83 lata. Wszystkiego mogę się spodziewać.
Ale kondycja, póki co, dobra - odpukać w niemalowane. W środku co prawda ruina, ale na zewnątrz jakoś się trzymam. Nawet pamięć na starość mam lepszą. Zaczyna mnie to niepokoić. Coraz krócej muszę się uczyć tekstu. Przypomina mi się coraz więcej rzeczy z przeszłości.
To chyba dobrze, bo dzięki temu powstała książka. "Podwójnie urodzony" to świetny tytuł. Równie chwytliwy byłby "Zgwałcony za młodu" - a propos dowcipnej historii z gosposią Natalią...
Oczywiście, że lepszy. W końcu miało to wpływ na całe moje późniejsze życie seksualne. Ale, zanim zostałem zgwałcony, musiałem się urodzić. Historia o moim podwójnym urodzeniu jest bardzo istotna. To klucz do całej książki. Tak że czytelnik nie może czuć się rozczarowany tytułem. Poza tym od tego tytułu wszystko się zaczęło. Nosiłem go w głowie na długo przedtem zanim powstała książka. Urodziłem się 24 grudnia 1926 roku w Krasnymstawie, ale moja babka stwierdziła, że Krasnystaw to zbyt licha mieścina jak dla jej wnuka i wpisano mi jako miejsce urodzenia Lwów. Zmieniła też datę urodzenia, odmłodziła mnie o rok, żebym nie musiał za szybko iść do wojska.
Kiedy rozpętała się wojenna zawierucha razem z ojcem opuścił Pan Lwów, podczas gdy starszy brat został z mamą. Po latach wędrówki ten Lwów, porzucony za młodu, odnalazł Pan we Wrocławiu...
Nie tylko ja. Przyjechała tam również moja babka i ciotka. Najpierw zostały wysiedlone do Olsztyna. Ciotka była główną księgową w Banku Gospodarstwa Krajowego we Lwowie. Po przesiedleniu pracowała w banku olsztyńskim a potem wrocławskim. Obie miały duże mieszkanie w kamienicy na placu Kościuszki. Lubiłem tam zaglądać.
Ale wiele wody upłynęło w Wiśle i Odrze zanim znalazł Pan swój własny kawałek podłogi. Czy Pana obecny dom pełen jest rodzinnych pamiątek?
Niestety, niewiele tych pamiątek zostało, ponieważ w trakcie licznych przeprowadzek zginął nam kufer z pamiątkami rodzinnymi. A wiele lat później, kiedy zacząłem swój długoletni romans z "M jak Miłość", gdzieś w produkcji zawieruszył się też mój aktorski dyplom. Tak więc jestem aktorem bez dyplomu. Ale w obecnych czasach to nie problem. Mało to aktorów bez dyplomu kręci się po planach filmowych?