Kiedyś chodziła do szkoły muzycznej, brała lekcje tańca nowoczesnego i pantomimy. Dziś Weronika Marczuk-Pazura wykorzystuje to artystyczne przygotowanie jako jurorka programu "You can dance". Kocha taniec współczesny, chciałby się nauczyć hip hopu, natomiast zupełnie nie odnajduje się w tańcu towarzyskim. Dlaczego? To proste - nie daje się prowadzić!
"Poniedziałek - ja. Wtorek - ja. Środa - ja". Czy w Pani życiu jest równie dużo "ja", co w "Dzienniku" Witolda Gombrowicza?
"Ja" to ostatnia litera w alfabecie rosyjskim i ukraińskim. I tak też mnie uczono - żeby o sobie myśleć na końcu. Nigdy przed innymi. Ale los rzucił mnie do Polski, gdzie mogłam inaczej spojrzeć na pewne sprawy i zweryfikować tę życiową filozofię. Cały czas pracuję nad tym, żeby dowartościować swoje "ja". Niektórzy twierdzą, że najpierw trzeba myśleć o sobie, a potem o reszcie świata, ale tak daleko w myśleniu i działaniu na pewno nie zajdę. Natomiast zależy mi na tym, żeby znaleźć równowagę.
Mówi się jednak, że tak naprawdę człowiek nie jest w stanie pokochać innych dopóki nie pokocha siebie...
Na pewno tak jest, choć uświadamiamy to sobie często trochę późno. Najpierw musimy przepłynąć ocean doświadczeń, żeby zrozumieć tę prawdę. I - co ważne - żeby zrozumieć ją właściwie. Źle pojęta miłość do siebie przejawia się brakiem szacunku do ludzi i świata, lekceważeniem innych. A nie o to przecież chodzi. Jeśli pokochamy siebie dobrą miłością, będzie to na pewno z pożytkiem dla innych. Widzi Pani, wszystko to doskonale rozumiem, a mimo to gdzieś we mnie tkwi głęboko zakorzeniona pochwała skromności, którą uznaję za cnotę.
A czy są takie drobne rzeczy, które robi Pani dla siebie na co dzień, żeby się odrobinę "dopieścić"?
Tak, mnóstwo. Na przykład rano często chodzę na spacery. Sama. Lubię to uczucie, które mi wtedy towarzyszy, a raczej polubiłam je. Z domu wyniosłam przekonanie, że razem zawsze jest lepiej niż osobno.
Nigdy nie była Pani sama?
Rzadko spędzałam czas sama, zazwyczaj albo z rodziną, albo z przyjaciółmi. Trudno było się nauczyć nie tyle być sam na sam ze sobą, co to polubić. Dzisiaj zdarza mi się zrobić sobie jakiś wypad za miasto w pojedynkę lub pójść samej do kina, bo akurat mam na to ochotę.
Może to jest właśnie dojrzałość?
Może. A może podążanie za światem, który się zmienia i zmierza w kierunku indywidualizmu. To także kwestia wyboru. Jedni wiodą samotne życie, inni trzymają się w grupie, lubią dom zawsze pełen gości i huczne imprezy. W tym przypadku również jestem gdzieś pośrodku. Chyba po prostu lubię w życiu umiar.
Jest Pani na etapie, kiedy ta odrobina samotności pomaga spojrzeć na siebie z dystansem...
Rozumiem już, że jest czasem potrzebna. Co nie zmienia faktu, że nadal preferuję spędzanie czasu w gronie bliskich mi osób.
Co w takim razie Weronice Marczuk daje szczęście...
Niezmiennie - dobre relacje międzyludzkie. Poczucie, że otaczają mnie bratnie dusze. Ludzie są najważniejsi. Ani przedmioty, ani pieniądze, ani nawet własne osiągnięcia nie zastąpią dobrego człowieka.