Edyta Jungowska, (zdj. z serialu i filmu 'Operacja Koza' ) aktorka, która zdobyła wielką popularność rolą siostry Bożenki w serialu 'Na dobre i na złe' opowiedziała VIVIE! o tym, dlaczego nie jest normalną osobą, o starzeniu się, operacjach plastycznych i
o tym, jak zszokowała ekipę serialu o szpitalu w Leśnej Górze.
Oto ten wywiad:
Edyta Jungowska: Przepraszam za spóźnienie, przedłużyła się wizyta u dentysty...
–
Wcale nie liczyłam na to, że pojawi się Pani z wybiciem zegara. Ponoć od małego spóźnienia są Pani specjalnością. To chyba niezła okazja do wprawek aktorskich.
EJ: Im bliżej szkoły mieszkałam, tym bardziej się spóźniałam. Podobno kłamstwa muszą być niedoskonałe, żeby były wiarygodne. Zawsze coś wymyślałam dla nauczycieli, wymówki typowe. A to uciekł mi tramwaj, bo do szkoły muzycznej miałam dwa przystanki, a to że zapomniałam zeszytu i musiałam się wrócić. Rzeczywiste powody były niewytłumaczalne. Do przedszkola na przykład podrzucał mnie samochodem tata, który też się rano spieszył. Bywało z tego powodu trochę nerwów, gdy on zbiegał z trzech pięter, ja szłam powoli, nucąc pod nosem. Zamyślona zapominałam, że dawno mnie minął, czekałam na niego na schodach i byłam szczerze zdziwiona, gdy przybiegał spod samochodu wściekły, dlaczego wciąż mnie nie ma!
Powoli z tego wyrastam, robię się coraz porządniejsza, punktualniejsza i nawet ostatnio zszokowałam wszystkich na planie serialu "Na dobre i na złe”, bo dwa razy zjawiłam się w Sękocinie bladym świtem, jeszcze przed moimi charakteryzatorkami.
– Gra tam Pani sympatyczną siostrę Bożenkę. Widziała Pani może słynne filmy "Szpital Brytania” Lindsaya Andersona albo "Szpital Przemienienia” Edwarda Żebrowskiego lub serial "Szpital na peryferiach”? Jakie wrażenia?
EJ: Pamiętam je jak przez mgłę. Ostatnio z filmów "szpitalnych” duże wrażenie zrobiło na mnie "Królestwo” Larsa von Triera. W takim serialu mogłabym zagrać nawet ducha umarłej dziewczynki. Chętnie też zabawiłabym się pielęgniarskim motywem, jak Daryl Hannah w "Kill Bill” Tarantino.
– Mogłaby Pani wykonywać jakiś medyczny zawód?
EJ: Jak mi mają zrobić zastrzyk, już mi niedobrze. A jeszcze jakbym to ja miała kogoś kłuć? Wystarczy jedna pielęgniarka w rodzinie: moja mama. Chociaż przypomniałam sobie, że w dzieciństwie miałam gumową lalę i zrobiłam jej tyle zastrzyków z wody, że biedna cała w środku zgniła. Wypadły jej włosy, powieka opadła. Słowem, załatwiłam ją na amen.
– Siostra Bożenka, porzucona przez Mareczka, sanitariusza-recydywistę, tęskni, popija. Łatwo zagrać takie trudne sceny, nie mając podobnych doświadczeń?
EJ: Nigdy nie miałam problemów alkoholowych, ale to nie znaczy, że nie mam żadnej wiedzy na ten temat. Poza tym mam wyobraźnię i paru mocno pijących znajomych. Nie jest oczywiście łatwo to zagrać, a jeśli jestem przekonująca, to zasługa Teresy Kotlarczyk, Maćka Pieprzycy i Maćka Dejczera, którzy potrafią sprawić, że przed kamerą czuję się bezpiecznie.
– Co zawdzięcza Pani głosowi?
EJ: Jest tak naturalną moją częścią składową, że równie dobrze mogłaby się pani mnie spytać, co zawdzięczam moim nogom.
– Nieprawda. Pani głos to niepowtarzalny atrybut – wizytówka. Wiem, że słyszy Pani na jego temat obłędną ilość komplementów, że superzmysłowy, seksowny, fascynujący, elektryzujący. Znam nawet osóbkę, która, marząc o takim jak Pani "przeziębionym” głosie, wychodziła na mróz bez czapki.
EJ: Gdy w moim macierzystym teatrze musiałam wypełnić pracowniczą kartę zdrowia i ruszyłam w kurs po lekarzach, jeden z nich skierował mnie na komisję zawodową, bo stwierdził, że z takim głosem nie nadaję się do pracy. Uratowała mnie recepcjonistka w przychodni. Podarła moją kartę i przepisała mnie do innego, bardziej wyrozumiałego lekarza. Można więc powiedzieć, że mój sukces zawdzięczam chorobie. I recepcjonistce.
– Martwi Panią przemijanie?
EJ: Martwi mnie gnuśnienie. Generalnie martwią mnie, lub raczej wkurzają, rzeczy, na które mogę jeszcze coś poradzić, a z jakichś powodów, często z lenistwa, tego nie robię. Na szczęście zawsze szybko się otrząsam albo szczęśliwie spotykam ludzi, którzy dają mi kopa w tyłek.
Kiedy Piotr Najsztub zapytał mnie: "Czy się pani starzeje?”, odpowiedziałam: "Tak, od dziecka!” Każdy ma problem ze starzeniem się, bo nie jest to związane tylko z fizycznością. Dzisiaj dodałabym jeszcze: "Od nagłej nieprzewidzianej śmierci uchowaj nas Panie”. I nie dlatego, że jestem specjalnie religijna, ale dlatego, że lubię doprowadzać rzeczy do końca.
– Spytałam o przemijanie, bo jest Pani jedną z niewielu aktorek przyznających się do wieku. Przy wielu wywiadach widnieje informacja, ile ma Pani lat.
EJ: Wcale się nie przyznaję. Uważam, że pytanie kobiety o wiek jest oznaką złego wychowania. Nie wiem, dlaczego o tym dzisiaj zapominamy, a w szczególności kobiety.
– A ja poczytałam to Pani za odwagę rzadką wśród Polek, w przeciwieństwie do Niemek czy Francuzek.
EJ: To stereotyp. Statystyki. Bo od razu widzimy tuziny Niemek i Francuzek paradujących z obwisłymi piersiami i chowające się po domach stare, zakompleksione Polki. To nie jest kwestia odwagi. I dlaczego wszystkie nacje mają się do siebie upodabniać? Równie dobrze można by powiedzieć, że jesteśmy tchórzami w porównaniu z kobietami z Mozambiku, bo nie wkładamy sobie kilogramowych kolczyków w nosy.
– Na pytanie redaktora Najsztuba: "Pani jest kobietą, która wstaje z łóżka, idzie do łazienki i siedzi pół godziny, żeby pięknie wyglądać?” odpowiedziała Pani spontanicznie: "Wstałam, wysikałam się, umyłam zęby, jestem piękna”.
EJ: Cieszę się bardzo, że właśnie to zdanie zostało wyjęte z tekstu i wydrukowane większą czcionką. To znaczy, że redakcja "VIVY!" wiedziała, co było ważne w tym wywiadzie.
– Dla kobiet z pewnością ważny jest ich wygląd. Przyznałaby się Pani do zrobienia na przykład operacji plastycznej?
EJ: Do udanej nie, nieudana sama wyjdzie na jaw. Łowy na zmarszczki, operacje plastyczne, porady, jak sobie usunąć kurze łapki, stały się teraz źródłem zarobkowym wielu dziennikarzy. Ale cały czas nie wychodzimy poza stereotyp. Bo wszystko w tym prasowym maglu ulega spłyceniu i zbanalizowaniu. W jednym tygodniku obok informacji o sztucznych biustach znanych person można przeczytać o szkodliwym wpływie silikonu na orgazm sutkowy. Nie ma już celów, są tylko wykresy oglądalności i słabizny do uderzania.
– W wielu wywiadach mówiła Pani o podejmowanych całe życie próbach skutecznego odchudzania się... nieskutecznych zresztą też. Była Pani pulchnym dzieckiem?
EJ: Byłam klasycznym niejadkiem, w co trudno uwierzyć, aż do chwili, gdy mnie mama posłała do sióstr zakonnych w Rabce, gdzie trwał czas ustawicznego postu i głównym punktem menu były kluski, pierogi, pieczywo. Wróciłam bardzo okrągła, ale czy zdrowsza – nie wiem... Byłam dzieckiem, które się bardzo, bardzo zamyślało. Potrafiłam godzinami siedzieć nad talerzem, "zapadając się”. Mój brat mnie nienawidził, bo w naszym domu był zwyczaj, że nie można było odejść od stołu, dopóki wszyscy nie skończą jeść.
– Jest Pani spontaniczna?
EJ: Czasem nawet za bardzo.
– Widzę, faktycznie. Na pytanie, czy zgodziłaby się Pani na sesję w "Playboyu”, odpowiedziała Pani: "Pewnie! Ale oni zdaje się boją zaproponować”.
EJ: No, a jak inaczej wytłumaczy mi pani brak ruchu z ich strony?
– Z redaktorem Bryndalem w Radiu Zet "roluje” Pani polityków, czyli robicie sobie z nich... jaja. A podobno całkiem niedawno nie odróżniała Pani polityka od politury.
EJ:A politury od politruka.
– ...a Bryndala od Brando.
EJ: To już chyba chciał sobie pochlebić chłopak!
– Dzisiaj rozróżnia Pani polityków?
Tak, i często przy nich zasypiam. Kiedy przychodzę do domu, przed snem włączam TVN 24. Mam jednak pewną chorobliwą cechę. Szybko zapominam ich nazwiska.
Kiedyś w nocy zatrzymała nas policja i pan policjant rozpoznał nas po głosie. "Ach, to państwo, ja was co rano słucham. A kogo dzisiaj rolowaliście?" Myślę, myślę, nie pamiętam, na szczęście Bryndal przyszedł z pomocą: "Jak to kogo? Waszego szefa, pana Janika” (dziś już byłego – przyp. red.). "Należy mu się”, odpowiedział policjant. Dzisiaj mam wyrzuty sumienia, że wyrolowaliśmy go na dobre, bo niedługo po naszej audycji przestał być ministrem.
– To prawda, że chodzi Pani do wróżek?
EJ: Powiedziałabym, że raczej się z nimi przyjaźnię. Tak naprawdę nie chodzę do wróżek, których nie znam. Czasem korzystam z pomocy astrologa, który robi dla mnie kosmogram. Wierzę w różne szamaństwa. Często korzystam na przykład z technik relaksacyjnych.
– Skąd zna Pani techniki relaksacyjne?
EJ: Chodziłam do Towarzystwa Psychotronicznego, dużo czytałam, miałam zajęcia relaksacyjne. Wie pani, jak trudno przez pięć minut nie myśleć o niczym, skupić się nad jednym obrazem, który pojawia się w trakcie przejścia z jawy w sen?
– Życie z Panią wydaje się naprawdę ciekawe. A jest łatwe?
EJ: Nie!
– Dlaczego nie?
EJ: Bo nie jestem normalną osobą. Poza tym nie gotuję i nie sprzątam.
– A kto to robi?
EJ: Dobrzy ludzie.
– Zawsze może Pani na nich liczyć?
EJ: Jest kilka osób, które w życiu mi pomogły. Nie jest ich dużo, ale wiem, że w razie czego mogę w dalszym ciągu na nich liczyć. Większość z nich to moja rodzina.
Rozmawiała Liliana Śnieg-Czaplewska/EDIPRESSE.
Więcej znajdziecie w serwisie
Polki.pl
ZOBACZ TAKŻE: