Przemysław Cypryański: Rycerz własnego sukcesu
Justyna Tawicka:
Twój bohater - Marek, podobnie jak i Ty kiedyś – pracuje w gastronomii. Przypomniałeś sobie tamte czasy, kiedy nazwisko ‘Cypryański” nic nikomu nie mówiło?
Przemysław Cypryański: To wcale nie było zresztą aż tak dawno temu. Przyjechałem do Warszawy z Marzenina, gdzie był mój dom, gdzie zostali moi bliscy, rodzina. Wiedziałem wtedy, że robię to, by coś w moim życiu zmienić. Co? Tego jeszcze nie wiedziałem. Ale chciałem dać sobie szansę na poznanie tego „czegoś”. To zbieg szczęśliwych przypadków sprawił, że dziś jestem w tym, a nie innym miejscu. Mój bohater nie miał tyle szczęścia. Być może właśnie dlatego twierdzi lub też zmusza się do stwierdzenia, że catering jest jego „przeznaczeniem”. W moim przypadku było wręcz odwrotnie: miałem świadomość, że to zajęcie na chwilę. Wiedziałem, już w pierwszym dniu, że jeśli tylko nadarzy się okazja – ta, na którą czekam – nie będę zwlekał ani chwili dłużej.
J.T.: I pewnego dnia: stało się. Zgadzasz się z tym, że Twoja historia przypomina męski odpowiednik „Kopciuszka”?
P.C.: Pantofelka nie zgubiłem, chyba, że podczas paso doble (śmiech). A tak serio: to naprawdę był splot przypadków. Myślę, że moją „dobrą wróżką” była moja siostra – Marzena, która utwierdzała mnie przekonaniu, żebym nie cofał się przed trudnościami i mimo przeciwności losu nie rezygnował z marzeń. A muszę przyznać, że początki mojego życia w Warszawie przypominał bieg z przeszkodami. Nie chcę więc zarzucić Markowi braku ambicji - uważam, że każdy powinien spełniać się w tym, w czym chce. W życiu przecież chodzi o to, by dążyć to tego, by robić coś, co sprawia przyjemność. Dopiero wtedy można mówić, że jest się spełnionym – niezależnie od tego, czy jest się prezesem wielkiej korporacji, czy pracuje się jako trybik wielkiej machiny albo wybiera zupełnie inny tryb życia.
J.T.: Mimo to mam wrażenie, że kiedy główna bohaterka „Dlaczego Nie!” – Małgosia - postanawia zmienić swoje życie o 180 stopni i nie do końca jej się to udaje, Marek czuje coś na kształt satysfakcji.
P.C.: Bo tak trochę jest. Marek, Piotrek, Wojtek oraz Małgosia (Ania Cieślak – przyp.red.) pracują w tej samej firmie cateringowej. Chłopcy traktują to zajęcie bardzo niezobowiązująco; zarabiają „jakieś” pieniądze, „jakoś” żyją. Właściwie tylko Małgosia chce wykonać w swoim życiu zawodowym voltę. Jest pełna energii, pomysłów i wiary, że jej talent pozwoli zrealizować najskrytsze marzenie: kreatywnie pracować w prestiżowej agencji reklamowej. Stawia wszystko na jedną kartę, podejmuje „męską” decyzję. A Marek? Jego życie nadal wygląda tak samo: wozi na swoim czerwonym skuterze jedzenie dla „rekinów drapaczy chmur”. Ale wyżej nie ma już wstępu.
J.T.:
I właśnie to „wyżej” staje się celem Małgosi. Tymczasem, zamiast 180 stopni, jej życie przewraca się o 360. I Gosia wraca do punktu wyjścia. Jak myślisz? Bolało?
P.C.: Musiało boleć. To był nie tylko zamach na jej ambicję, ale również na wyznawaną przez nią zasadę: fair play. W dodatku okazało się, że nie ma już powrotu nawet do tego, co było. Jej narzeczony bowiem, (Piotrek - przyp. red.) również postarał się o swoją „trampolinę do kariery” jednak zupełnie innymi sposobami. Gosia przeżywa więc kolejny szok.
Myślę, że gdzieś wewnętrznie też byłem taką „Małgosią”. Podobnie jak ona przyjechałem do Warszawy z konkretnym planem, zamierzałem coś w moim życiu zmienić. Oczywiście na lepsze. Był więc jeden jedyny plan - A. Drugorzędnego Planu B nigdy nie zakładałem, choć trzeba przyznać, początkowe życie w stolicy przeczołgało mnie po wielu literach alfabetu (śmiech). Była więc praca w cateringu, starania, aby pogodzić ją ze studiami, było poszukiwanie dodatkowych źródeł utrzymania, stąd też castingi do reklam. A wokół nowe miasto, obcy ludzie, zupełnie inny niż w Marzeninie
świat... Dlatego też postać filmowej Gosi jest mi tak bliska. Ona, kończąc ASP, miała zamiar znaleźć w Warszawie swoje miejsce, zrealizować marzenia, pasje. I co? Trafiła do firmy cateringowej, rozwoziła jedzenie, usiłując przy tym jeszcze utrzymać swój związek z Piotrem, który zarówno pod względem życiowych, jak i zawodowych ambicji nie dorównywał jej do pięt.