search
felietonisci
Marcin Wrona

Marcin Wrona

Reżyser, scenarzysta i wykładowca na Uniwersytecie Śląskim, twórca stojący za sukcesem filmów "Moja krew" oraz "Chrzest" i serialu "Ratownicy", filmowiec okrzyknięty Najlepszym Reżyserem 2010 roku.

zobacz..

Bożena Janicka

Bożena Janicka

Najkrócej? Spróbuję. Miesięcznik KINO (także Polskie Radio, TOK FM, TV). Dwie książki, wspólnie z Krystyną Jandą ("Tylko się nie pchaj", "Gwiazdy mają czerwone pazury"). Hobby: uczę zawodu praktykantów - i uczę się od nich. Co w kinie lubię najbardziej? Wielki śmiech, wielkie serio. A co najmniej? Nijakość.

zobacz..

Magdalena Lankosz

Magdalena Lankosz

Mieszka w Los Angeles, skąd pisze m.in. dla „Wysokich Obcasów”, „Filmu” i „Przekroju” oraz prowadzi cykl „Pytanie w Hollywood” w „Pytaniu na śniadanie” w TVP2.

zobacz..

premiery
dziub
Proste pragnienia

Proste pragnienia

Waszym zdaniem: 7

premiery
Premiery
repertuar kin
Wpisz nazwę miasta:
Na co do kina w ten weekend?
Repertuar kin

bez limitów Wszystkie drogi prowadzą do Łodzi

Autor felietonu: Bartosz Żurawiecki | 26 lipca 2007, 13:47

David Lynch i Laura Dern na planie "Inland Empire"</div>; Kino Świat Wygląda na to, że David Lynch nakręcił film wielce kłopotliwy: za długi, za nudny, za ciemny, za tajemniczy, za brzydki itd. itp. Wstydzi się go chyba nawet polski dystrybutor, który nie chciał zrobić pokazu prasowego. Niesłusznie, bo akurat dziennikarze i krytycy mają sporo cierpliwości do Lyncha i wiele potrafią mu wybaczyć.

A tak zwana „szeroka publiczność”? Tu już odpowiedź jest równie niejednoznaczna jak fabuła „Inland Empire”. Na seansie przedpremierowym, na którym byłem, widownia podzieliła się na trzy frakcje: członkowie pierwszej systematycznie opuszczali salę w czasie projekcji (jedni już po godzinie, inni wytrwali aż 170 minut, by skapitulować tuż przed końcem), drugiej – wiercili się w fotelach, chichotali i rzucali w stronę ekranu kąśliwe uwagi, natomiast trzeciej – w trudnym skupieniu próbowali wgryźć się w obraz i ulec atmosferze filmu, no bo to przecież dzieło nie byle kogo, jeno samego Lyncha.

Tym razem autor „Zagubionej autostrady” nikomu nie okazał łaski, nie zastosował żadnych ułatwień czy taryf ulgowych. Słyszałem nawet, że jak dystrybutorzy amerykańscy nalegali, by nieco skrócił „Inland Empire”, on jeszcze je wydłużył o dziesięć minut.

Pytanie teraz, czy warto zmagać się z tym monstrualnym płodem wyobraźni? Moja odpowiedź brzmi – niestety, nie warto. Nuda, zmęczenie, prowokacja bywają twórcze, a nawet olśniewające. Wyrywając widza z życiowej i filmowej rutyny, mogą pomóc w przeniesieniu go na drugą stronę lustra. I Lynch dotąd potrafił dokonywać takich przeniesień.

Tymczasem, oglądając „Inland Empire” nie mogłem opędzić się od wrażenia, że mam przed sobą wymęczoną, trzygodzinną etiudę jakiegoś „awangardowego”, a średnio uzdolnionego studenta łódzkiej Filmówki, naśladującego... Davida Lyncha. Oczywiście, wrażenie to poniekąd brało się stąd, że część zdjęć powstała w Łodzi, której atmosferze…

OCENA

Twoja ocena:
Ocena 0/5  
Średnia ocena: Ocena 3/5 3 / 5

A TERAZ...

wyslij znajomym  Wyślij znajomym
drukuj  Drukuj
     Dodaj swoją opinię!  
Ten materiał nie ma jeszcze opinii. Masz okazję by Twój głos
pojawił się tutaj jako pierwszy! Nie czekaj - dodaj swoją opinię!