Brak średniej oceny.
Oceń recenzję:
A miało być tak pięknie... Chwilami liczyłem nawet, że ten film pozwoli mi przekonać się do horrorów. Teraz bowiem toleruję tylko "Draculę" Coppoli i klasyczne wersje - "Draculę" z 1931 roku z Belą Lugosi i "Frankensteina" z Borisem Karloffem. No i "Lśnienie" Kubricka. Ale ad rem.
Wszystkie wielkie "gwiazdy" powieści / kina grozy zebrane w jednym miejscu i postawione naprzeciw samego Van Helsinga - to dopiero pomysł (na pierwszy rzut oka). I może nawet wyszłoby z tego coś ciekawego, ale jakość wykonania tego "dzieła" pozostawia wiele do życzenia.
Po pierwsze - fabuła. Momentami miałem wątpliwości czy w ogóle jakakolwiek była. Historia nie trzymałaby się kupy, gdyby nie podtrzymywały jej (nieudolnie zresztą) sceny akcji i efekty specjalne. Mamy Draculę, Frankensteina i wilkołaka, ale zamiast jakiejś ciekawej historii reżyser Stephen Sommers (którego nawet lubiłem za lekką i ciekawą "Mumię") poczęstował nas banałami.
Jeśli ktoś miał do czynienia z klasycznymi horrorami z lat 30-tych i 40-tych albo czytał powieści Brama Stokera lub Mary Wollstonecraft Shelley, to patrząc na to, co dzieje się na ekranie miał wrażenie, że wciśnięto mu tylko jakiś ochłap. A za tym wrażeniem idzie nie dające się przezwyciężyć poczucie zmarnowanego czasu, o pieniądzach nie wspominając.
Jeśli chodzi o efekty specjalne - niby porządnie zrobione, ale niestety większość z nich skutecznie rozbija tę namiastkę klimatu grozy, którą tak olbrzymim wysiłkiem Sommersowi udało się stworzyć. Krótko mówiąc wszystkie te latające strzygi, wszystkie bieganiny, kopaniny i strzelaniny nijak pasują do konwencji filmów grozy.
Teraz będą protesty - że to wcale nie miał być horror, tylko film akcji, itd. Jeśli rzeczywiście tak miało być, to ten film w ogóle nie powinien był powstać. Może to zbyt konserwatywne podejście, ale film o Draculi powinien być horrorem z "horrorowym" klimatem i napięciem.
Na koniec - aktorstwo. Hugh Jackman - średnio (a i tak naciągam ocenę przez sympatie do aktora). Kate Beckinsale - może nawet i byłoby coś z tej roli, ale twórcy zrobili z rumuńskiej księżniczki kobietę-komandosa, nieodparcie przywodzącą na myśl Trinity.
Ogólnie "Van Helsing" jest dla mnie kandydatem na porażkę roku. Przesadzona, efekciarska i nieudolna impresja na temat kina grozy, gdzie akcja nie toczy się, lecz wlecze. Teraz jako odtrutkę muszę zaaplikowac sobie kilka seansów "Draculi" Francisa Forda Coppoli.
Feanor