2009 spotkanie po latach z Krzysztofem Zanussim i rola Grażyny w „Rewizycie”
2009 rola w holendersko- szwajcarsko-polskim filmie obyczajowym „Moja krew” Marcina Wrony
2009 ponowne spotkanie z Agnieszką Holland i Kasią Adamik i rola matki tytułowego bohatera w polsko-czesko- węgiersko- słowackiej produkcji „Janosik. Prawdziwa historia”
Na dużym ekranie zagrała ostatnio matkę Janosika. W rolach matek występuje też w serialach. Małgorzata Zajączkowska to dojrzała aktorka, która niczego w życiu nie żałuje. No, może jednego – że w polskim kinie tak mało jest ról dla dojrzałych kobiet.
- „Niczego nie żałuję” – stosuje Pani tę zasadę w życiu?
Są rzeczy, których żałuję. Ale myślę sobie, że gdyby nie te, których żałuję, nie byłoby tych, których nie żałuję. Taki łańcuszek św. Antoniego. Jedno wynika z drugiego. Nawet ze złych rzeczy wynikły dobre. Były więc chyba konieczne. Nawet największa głupota potrafi człowieka czegoś nauczyć.
- A która z popełnionych w życiu głupot najwięcej Panią nauczyła?
Kiedyś spóźniłam się 20 minut na zdjęcia próbne i straciłam pracę. To było na początku mojej drogi aktorskiej w Stanach. Pomyślnie przeszłam pierwsze eliminacje. W dniu drugich eliminacji robiłam akurat coś innego i w ostatniej chwili wsiadłam do metra. Kiedy przyjechałam, ekipa już się zwijała, powiedzieli mi, że wybrali już odpowiednią dziewczynę. Od tej pory jestem bardzo punktualna.
- Wiele ma Pani za sobą castingów?
Bardzo wiele. Ale w tej chwili na castingi chodzę tylko wtedy, gdy reżyser chce zobaczyć czy między aktorami będzie przepływać odpowiednia energia. Czasem osobno każdy z aktorów jest świetny a razem w ogóle między nimi nie iskrzy. Poza tym chodzę jeszcze na castingi, gdy bardzo zależy mi na roli. Natomiast nie chodzę na castingi do byle głupot. Uważam, że 30 lat w zawodzie i ilość filmów w telewizji i kinie, daje obraz moich możliwości.
- Co Panią nauczył pobyt w Stanach Zjednoczonych...
Więcej niż myślę. Mieszkałam tam 16 lat! Był to czas, który ukształtował mnie i zawodowo, i prywatnie. Tam urodziłam dziecko, tam posłałam je do przedszkola. Pracowałam, byłam w związkach zawodowych, przywykłam do amerykańskiego stylu pracy.
- A syn jest bardziej polski czy amerykański?
Amerykański. Psioczy na Polskę. Natomiast jak ktokolwiek inny psioczy na nasz kraj skacze mu do gardła. Jemu wolno. Mówi pięknie po polsku. W Polsce skończył liceum i zdał maturę. Nie robi błędów ortograficznych, które nawet mnie czasem się zdarzają. Trzy dni po maturze wyjechał do Stanów i poszedł do collegu. Po pół roku pobytu w Stanach zapisał się najpierw do Marynarki Wojennej, a potem do Marines, gdzie zajmuje się nawigację samolotową.
- W tej chwili on jest w Ameryce, Pani przeprowadziła się do Polski. Chyba nieczęsto się widujecie?
To prawda. Widujemy się raz do roku na święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. Marcel tak organizuje sobie służbę, żeby w tym czasie dostać dwa tygodnie urlopu. Przez cały czas jesteśmy jednak w kontakcie telefonicznym i mailowym. Na początku było trudno, ale z czasem zaakceptowałam ten stan rzeczy. Odkąd wyjechał, nasz kontakt jest bardzo dorosły. Już nie sprawdzam, czy założył szalik. Kontaktujemy się w sprawach naprawdę ważnych.
- A jak się już spotykacie, to ...
Wówczas mój Marcel, który na służbie jest zorganizowany, z wyglancowanymi na błysk butami, wchodzi do domu, rzuca marynarski plecak i nagle staje się sobą. Nie wie, gdzie jest herbata, prosi, żeby mu zrobić jajecznicę...
- Po prostu synek mamusi...
Wychowywałam go sama od siódmego roku życia. Czasami wydawało mi się więc, że jest maminsynkiem. Okazało się, że jest twardszy niż myślałam. Teraz mam wrażenie, że wychowałam faceta. Zawsze powtarzałam mu - traktuj kobiety tak jak chciałbyś, żeby traktowano twoją matkę.
- A ma jakąś dziewczynę lub narzeczoną?
Przerobiliśmy już kilka jego narzeczonych (śmiech). Na razie wciąż szuka.