Recenzent The Sun pisze:
Oto moment, na jaki fani na całym świecie czekali od ćwierć wieku.
Na szczęście – oglądanie jak utalentowany, choć udręczony Jedi Anakin Skywalker przechodzi na Ciemną Stronę i staje się Darthem Vaderem warte było czekania.
Taki wniosek jest o tyle wart zastanowienia, że oczekiwania były rozbudzone nie tylko przez 25 lat czekania, ale także – przez Stevena Spielberga, który dolał oliwy do ognia mówiąc w jednym z wywiadów, że
„Zemsta Sithów” jest najlepszą częścią od czasów „Imperium Kontraatakuje”. (....)
Oczywiście fabuła zaskakująca nie jest, to nie „Sith Sense” J. Ale i tak jest to być może największa z wszystkich części – z powodu sposobu przedstawienie procesu dochodzenia wszystkich postaci filmów do miejsc, o których wiemy już, że są ich przeznaczeniem. (....)
Najlepsze w „Zemście” jest to, że nie popełnia błędów dwóch pierwszych prequeli Lucasa. Twórca znów postawił na jakość, nie ilość, pozbył się pseudokomicznych ozdobników, uatrakcyjnił akcję. Na przykład Jar Ja Binks pojawia się w filmie, ale na bardzo krótko. George Lucas wrócił po prostu do starych, wypróbowanych chwytów narracyjnych – i to zadziałało bezbłędnie. (...)
Jest w tym filmie kilka scen fascynujących: walka Yody i Palpatine’a zapiera dech w piersiach, pojedynek niechętnego Obi-Wana i zbuntowanego ucznia Anakina na lawie jest zjawiskowy, jednak najlepszą ze wszystkich jest scena konfrontacji Palpatine’a i Mace Windu.
Choreografia, gra aktorska Iana McDiarmida i Samuela L. Jacksona, ale przede wszystkim sens tej walki i jej znaczenie, które okazuje się kluczowym dla całej sagi (!) czynią z tego właśnie pojedynku najlepszą sceną „Zemsty Sithów”. A śmierć Mace’a jest jedną z najlepszych scen tego rodzaju w historii kina.
ZOBACZ NASTĘPNĄ RECENZJĘ