Recenzje
redakcyjne
W lutym na polskie ekrany wchodzą aż dwa filmy odwołujące się do magii początków kina. “Hugo” Martina Scorsese nawiązuje do samiusieńkich jego początków, czasów George'a Mélièsa i braci Lumière. “Artysta” dzieje się natomiast w przełomowym dla sztuki filmowej momencie, kiedy ruchome obrazy zyskiwały rozgłos. Filmowe podróże do przeszłości są popularnym w branży chwytem, bazującym na kojącej wartości minionych czasów, sentymencie, tęsknocie za dzieciństwem. Jest jednak wiele poziomów przetwarzania tego niezwykle bogatego materiału. W „Artyście” Michael Hazanavicius wyciska z niego cały sok - do ostatniej kropelki.
Po premierze gry “Jedi Knight 2: Jedi Outcast” gracze zgadzali się co do jednego - produkcja była naprawdę świetna, ale odgłosy wydawane przez miecze świetlne po prostu nie do przyjęcia. Brakowało tego “zuuum” przy wymachu bronią. Gdzieś zniknęło to “ksssss”, towarzyszące włączeniu szlachetnego narzędzia do ciachania wrogów. W “Mrocznym widmie” tych jedynie słusznych dźwięków nie zabrakło. Wiele można temu filmowi zarzucić, ale walki na miecze świetlne zrealizowane są po prostu niesamowicie. Zniknęli starcy i młokosy ze starej trylogii, wymachujący bronią jak kijami od szczotki. Na ich miejsce w “Mrocznym widmie” pojawili się prawdziwi wirtuozi sztuk walki, wojownicy łączący fechtunek z akrobatyką. Porównując starą i nową trylogię doskonale widać, jak daleko zaszło kino przez te 20 lat.
Scenariusz do filmu Malick przygotowywał przez ponad trzydzieści lat. Dlatego też można uznać go za pewnego rodzaju manifest artystyczny i światopoglądowy w formie poetyckiej modlitwy. Bo też i „Drzewo życia” bardziej przypomina poemat lub traktat filozoficzny niż dzieło filmowe. Terrence Malick zrezygnował niemal w całości z fabuły na koszt narracji głównych postaci. Podobnego zabiegu dokonał już wcześniej w „Podróży do Nowej Ziemi” czy „Cienkiej Czerwonej Linii”. W obu tych filmach sceny fabularne okraszone były komentarzami wygłaszanymi przez bohaterów, wkomponowanymi w sceny symboliczne i obrazy przyrody. „Drzewo życia” składa się w przeważającej części właśnie z takich sekwencji. Chaotyczna akcja i epizodyczne sceny stanowią o refleksyjnym, zmuszającym do przemyśleń klimacie tej produkcji. Malick ograniczył do niezbędnego minimum ilość dialogów, nawet monologi są krótkie, za to wiele do powiedzenia ma muzyka. Nie jest ona tylko oprawą obrazu, ale współgra z nim, podkreśla nastrój, czasem nawet urasta do rangi samodzielnej wypowiedzi
Najmocniejszymi stronami filmu są bez wątpienia scenariusz i reżyseria. Historia opowiedziana jest w ciekawy sposób, wzbudza zainteresowanie i pozwala na emocjonalną więź z bohaterami. Narracja jest stonowana, nieco na sposób dramatów kręconych dla telewizji. Twórcy nie pozwolili sobie na żadne patetyczne sceny, a wątek sensacyjny poprowadzony jest sprawnie i nienachalnie.
W tym wszystkim trudno nawet zirytować się na wyidealizowaną nieco postać Luisa, który ze zbuntowanego i zblazowanego, dość szybko zmienia się w grzecznego chłopca. Ale tak to już w filmach bywa
“Żelazna dama” to film dziejący się w świecie polityki, ale daleko mu do politycznego manifestu. To raczej dramat obyczajowy, a w pewnym sensie wariacja na temat formuły monodramu. Wszystko bowiem osnute jest wokół jednej, centralnej postaci; to Thatcher, grana przez zapierającą dech w piersiach Meryl Streep, steruje akcją. Filmowa opowieść składa się z ułamków jej wspomnień, wypieszczonych w pamięci momentów chwały i bolesnych porażek. Te zdekompletowane elementy układanki mozolnie usiłuje składać w spójną całość kobieta, która niegdyś była na językach całego świata.
Wbrew obiegowej opinii pastwienie się nad filmami wcale nie jest przyjemne. Szczególnie, jeśli w grę wchodzi fabularny debiut, a reżyser, kiedy opowiada o swoim projekcie ma w oczach ten pełen pasji błysk i widać, że jest z niego dumny jak matka z własnego dziecka. Niestety na swoje „wielkie pięć minut” Barbara (przynajmniej nie „Baśka”...) Białowąs będzie musiała jeszcze poczekać. Mimo sporego nakładu pracy i ogromu dobrych chęci „Big Love” to niestrawny i pretensjonalny koszmarek
Dawno, dawno temu, a dokładnie w maju 1999 r., amerykański milioner z bujną wyobraźnią zapełnił sale kinowe na całym świecie. George Lucas długo kazał czekać fanom „Gwiezdnych wojen” na kolejny epizod, ale miłość do jego uniwersum nie ustała. „Epizod I: Mroczne widmo” ma swoje plusy i minusy, o których nie da się zapomnieć nawet kilkanaście lat po premierze. Tym bardziej, że właśnie nadarza się okazja, by po raz kolejny obejrzeć początek sagi Lucasa. Z okularami 3D na nosie.
Film „Hugo i jego wynalazek” to opus magnum Martina Scorsese. To wyjątkowe filmowe doświadczenie jest niczym perfekcyjna fabularyzacja pojęcia „magii kina” w swym podstawowym znaczeniu. Dzięki pozornej historii o biednej sierotce, twórca tak wybitnych dzieł, jak choćby „Wściekły byk”, czy „Chłopcy z ferajny” okazał się być największym mecenasem sztuki filmowej naszych czasów. Produkcja „Hugo...” swą przynależnością do familijnego gatunku niepotrzebnie wprowadzi widzów w błąd. To nie tylko film dla dzieci, ale to przede wszystkim widowisko zrealizowane dla największych pasjonatów kina od czasów jego zarania. Wzruszający, doskonały i niespodziewanie innowatorski - tak najkrócej można określić najnowsze dzieło Martina Scorsese.
Naturalistycznie okrutne, prawdziwe i bezkompromisowe, chwytające za gardło, wyciągające na wierzch najobrzydliwsze cechy człowieka, Polaka - w naszym kinie mamy obecnie tylko jednego reżysera, który potrafi kręcić takie właśnie filmy, który mówi w sposób tak wyrazisty i trafny. Bardzo konsekwentnie, zawsze do bólu. W "Róży" Wojciech Smarzowski ukazuje swoje odrobinę inne oblicze, nieco delikatniejsze niż w "Weselu" i "Domu złym". Sam podkreśla, iż chciał nakręcić opowieść o miłości. I tak też zrobił. Interesujący go materiał odnalazł w scenariuszu Michała Szczerbica. Nie, nie jest to kolorowy romans z happy endem. Smarzowski na dużym ekranie bajkami się nie zajmuje, nawet gdy szuka serca
W kolejnym filmie z serii „żeby było jeszcze śmieszniej znany komik wciela się w więcej niż jedną postać”, Adam Sandler postanawia zmierzyć się z królem wielu wcieleń, wielokształtnym i wielopłciowym Eddiem Murphym. Panowie grają w tej samej drużynie, szczególnie jeśli chodzi o rodzaj poczucia humoru. W ich „Top 10” są żarty o a) kupie b) pierdzeniu c) jedzeniu i pierdzeniu d) jedzeniu i kupie e) babkach wyglądających jak faceci f) obleśnych staruszkach g) wątpliwej tożsamości płciowej i jej sprawdzaniu poprzez zaglądanie w gacie h) poceniu się i) itp. j) itd.Zasadniczo, poza kolorem skóry różni ich niewiele. Ze względów oczywistych Sandler chętniej żartuje z Żydów, Murphy – z Afroamerykanów.