Trwa ładowanie...
d2j5gnx

Harlequin de luxe

Share
d2j5gnx

Brytyjczyk, pisarz i Francuzka, właścicielka galerii sztuki, poznają się w Toskanii. On wygłasza mowę podczas spotkania promującego nową powieść, ona chce koniecznie zdobyć jego autograf. Dla siostry, obiecała. Gdy stają twarzą w twarz, wywiązuje się rozmowa, która niemal od razu przechodzi w nienachlany flirt. Niedługo później, przemierzając wąskie uliczki i chłonąc lokalny folklor, oboje rozmawiają o sztuce, różnicach kulturowych, wzajemnym postrzeganiu świata.

Brzmi znajomo? Oto „Przed wschodem słońca” 20 lat później. Abbas Kiarostami, legenda kina irańskiego, autor nagrodzonego Złotą Palmą „Smaku wiśni” wychodzi z podobnego założenia, co przed laty Richard Linklater. Ot, erotyczna fascynacja pomiędzy kobietą i mężczyzną zaczyna się od słów, które pełnią rolę swego rodzaju stymulacji. Bohaterowie Kiarostamiego mówią więc sporo. Po włosku, francusku, angielsku. Zderzają swoje opinie, wymieniają się poglądami, rozmawiają. O wszystkim i o niczym. I wtedy w jednej z malutkich galerii ona pokazuje mu obraz, który jeszcze 50 lat wcześniej brano za uznane dzieło sztuki. Dziś wiadomo jednak, że jest co najwyżej perfekcyjną, zgodną z oryginałem kopią. To ważny, zaakcentowany już w oryginalnym tytule motyw – nie bez powodu bohaterowie zostają chwilę później omyłkowo wzięci za małżeństwo.

Od tego momentu zmienia się zresztą front całej opowieści. Niby-para na chwilę staje się nią naprawdę, a kolejne wydarzenia utrzymane są w niedopowiedzeniu. Znali się wcześniej, czy nie? Flirtują czy prowadzą wyrafinowaną erotyczną grę? Przyjmują narzucone im przez otoczenie role, czy po prostu czują się zdemaskowani. Są oryginałem czy jak podpowiada angielski tytuł („Certified Copy”) zgodną z nią kopią?

d2j5gnx

Kiarostami twierdzi, że zawarta w jego nowym filmie historia mogła przydarzyć się każdemu, wszędzie. A jednak robi sporo, by całą opowieść oderwać od rzeczywistości i umieścić w zmysłowej, czysto filmowej ramie – miejsce akcji przenosi do zmitologizowanej przez kino i literaturę Toskanii, a główne role powierza pięknej Juliette Binoche i… śpiewakowi operowemu Williamowi Shimellowi. Reżyser gloryfikuje zarówno samo miejsce, jak i aktorów. On ma lat 58, ona 46, oboje dojrzali, atrakcyjni. Kamera akcentuje jego pewny chód i jej falujące pod sukienką piersi, podczas gdy Toskania uwodzi harmonijnym wdziękiem.

Specyficzne zestawienie pełni tu być może rolę swego rodzaju podpowiedzi – miejsce akcji, w połączeniu z aktorami i ich relacją na ekranie jest swego rodzaju romantyczną kliszą, pretensją, z której Kiarostami wyciąga, to co nieoczywiste. Znają się, czy nie, dopiero poznają, czy docierają – tak naprawdę nie ma to znaczenia. Film Kiarostamiego daje nam rzadką sposobność, byśmy sami o tym zadecydowali, zdefiniowali ten romans. Być może wręcz odkryli go dla siebie, przeżyli? Kino to przecież najlepsza kopia zgodna z oryginałem, na jaką możemy sobie pozwolić.

d2j5gnx

Podziel się opinią

Share
d2j5gnx
d2j5gnx