Trwa ładowanie...
25-11-2010 11:33

Magdalena Michalska: Ale to już było!

Share
Magdalena Michalska: Ale to już było!Źródło: Forum Film
d2pkpe5

Coraz cięższa robi się praca recenzenta filmowego. Nie dość, że już coraz częściej zamiast nazwisk artystów należy bez zająknięcia, na jednym oddechu wymienić nazwy wszystkich rewolucyjnych technologii użytych w filmie, to jeszcze do sequeli i remake’ów, do których jakoś szło się przyzwyczaić, doszły remake’i sequeli czy inne prequele rebootów. A wszystkie te obco brzmiące nazwy ukrywają, zwykłą, swojską powtórkę z rozrywki.

Nie przepadam za tym, kiedy dwa razy sprzedaje mi się to samo, nawet jeżeli taki mistrz jak Gus Van Sant powtarza „Psychozę” Hitchcocka. Nie lubię też kiedy kino samo siebie sprowadza do roli li tylko gadżetu, zabaweczki w rękach maniakalnego fana. Tak jak nie lubię jadać ulubionego dania codziennie. Piekielnie wtedy powszednieje.

A właśnie do takiej sytuacji zmierzają od jakiegoś czasu wielkie produkcje. Już kiedy pojawiły się reklamy filmów, w których promowano nową produkcję jako „Świat filmu X, w dekoracjach film Y” poczułam się lekko zaniepokojona. Bo niby dlaczego nie mógł to być po prostu film Z? Samodzielny i nowy. Dlaczego musiał się odwoływać do zasady inżyniera Mamonia, że chcemy słuchać tylko piosenek, które już znamy? Czy tak nisko ceni się nas – publiczność, że trzeba nam, w kółko opowiadać tę samą bajkę? Potem zrobił się jeszcze gorzej, bo już nie tylko reklamy odwoływały się do innych filmów, filmy zaczęły się odwoływać do filmów.

d2pkpe5

Mam wrażenie, że zasada, że w naszym świecie jest określona liczba historii, które można opowiedzieć i określona liczba archetypów została opatrznie i na skróty zinterpretowana przez wielkich producentów z wielka kasą. Zamiast bowiem zastanowić się, jak powiedzieć nam te historie w nowy sposób po prostu zaczęli je kopiować. Obecnie przygotowując się do kolejnego piątku, czyli dnia premier kinowych w Polsce mam wrażenie, że budzę się w „Dniu świstaka”. Oto reboot serii o Freddym Krugerze (dla niewtajemniczonych – rozpoczęcie serii od nowa) i sequel „Predators”. W kolejnych tygodniach pojawią się następne prequele czy inne przeróbki dawniej kasowych staroci. Albo kontynuacje sprawdzonych serii.

Podobna sytuacja miała miejsce w amerykańskim kinie przełomu lat 60. i 70. Telewizja skutecznie eliminowała liczbę widzów w kinach, która w ciągu trzech dekad, które upłynęły od złotych czasów Hollywood spadła pięciokrotnie. Produkowano tylko rzeczy, które miały rzekomo gwarantować widzów: czyli sprawdzone wcześniej recepty. Mimo to, liczba widzów wciąż dramatycznie topniała. Rewolta, która wprowadziła do kin takie obrazy jak „Easy Rider”, „Nocny kowboj” czy „Bonnie i Clyde”, nie była tylko wynikiem obyczajowej rewolucji w USA, w tym samym stopniu był efektem tego, że wytwórnie nie mając już pomysłu na to, jak ściągnąć widzów do kin postanowiły zagrać va banque i oddać kamery w ręce filmowców zupełnie innych niż seryjni wyrobnicy bezwartościowych hitów.

Przypominałam to sobie, kiedy niedawno natknęłam się na ciekawy blog, byłego naczelnego „Variety”, który przytacza w nim prywatną rozmowę z producentem związanym z jednym z wielkich Hollywoodzkich wytwórni. Jegomość ów miał podczas imprezy w zaufanym gronie powiedzieć: „Ciekawe co by było, gdybyśmy zaczęli robić filmy, które sami chcemy oglądać?” Natychmiast sam przeraził się tym, co powiedział i zmienił temat rozmowy. Co było w tym tak przerażającego? Dlaczego my, widzowie mielibyśmy występować w pozycji głupszych niż twórcy filmów? Czemu nie mogą nam opowiadać historii, które i nas by poruszyły i nam powiedziałby by coś choć odrobinę oryginalnego?

Może więc już czas na rewolucje naszych czasów, która nie będzie polegać na kolejnej animowanej w 3D części „Gwiezdnych wojen” czy jeszcze straszniejszym remake’u „Wzgórza mają oczy” albo jeszcze bardziej fajnym odgrzewaniu „Indiany Jonesa”, tylko na tym, że znów odda się kino w ręce ludzi z autorska wizją, którzy nie dbają o boxoffice kwitując go znanym powiedzonkiem „jedzcie g…, miliony much nie mogą się mylić” . I robią filmy, które sami chcieliby zobaczyć. Sądzę, że nie tylko oni.

PS. W najbliższych miesiącach do kin wchodzą: sequel filmu sf sprzed 30 lat „Tron”, bodaj trzeci sequel „Poznaj moich rodziców”, pełnometrażowa wersja kreskówki sprzed czterech dekad „Mis Jogi”, „Dzienniki cwaniaczka 2” i trzecia „Narnia”.

d2pkpe5
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d2pkpe5